Powrót do strony "Wywiady".

Mugole kontra tumany

Teraz nie umiem sobie wyobrazić "Harry'ego Pottera" bez mugoli. Ale rzeczywiście, przetłumaczyłem pierwszy tom, używając słowa "tuman"- mówi Andrzej Polkowski. Dziś ukazuje się piąty tom "Harry'ego Pottera". Z Andrzejem Polkowskim, tłumaczem "Harry'ego Pottera", rozmawia Wojciech Orliński (wywiad z dnia 31 stycznia 2004 z "Wysokich Obcasów".)

Czy Pan przeczuwał, że pochłonie Pana świat fanów "Harry'ego Pottera", kiedy zabierał się Pan do tłumaczenia pierwszego tomu jego przygód?

Nie, to jest niepowtarzalne zjawisko: cały świat ludzi gotowych dyskutować do upadłego na temat najdrobniejszych szczegółów.

Czy ten fenomen dotyczy tylko dzieci?

Zdarzają się dorośli, ale to nie oni nadają ton, tylko młodzież, bardzo zresztą specyficzna. Często są to dzieci w okularach, raczej introwertyczne, bardzo inteligentne i samodzielnie myślące. Podejrzewam, że mają podobne kłopoty w szkole z nauczycielami czy osiłkowatymi rówieśnikami jak Harry Potter.

Ma Pan ma jakiś ulubiony wątek w książce?

Najbardziej lubię wszystko, co dotyczy rodziny Dursleyów, tę całą satyrę na mieszkańców jednakowych domów z wystrzyżonymi trawnikami. Dla większości fanów Pottera to tylko nudny dodatek, ale ja to uwielbiam. Zresztą w piątym tomie nareszcie poznajemy sekret tej rodziny i prawdziwe przyczyny, dla których tak bardzo się boją magii.

Dursleyowie są kwintesencją tego, co w "Harrym Potterze" nazywane jest mugolstwem. Początkowo jednak przetłumaczył Pan to słowo inaczej...

Jak już raz użyjemy jakiegoś przekładu, trudno się od niego uwolnić. Zapomniałem już o tamtym sporze i ja sam teraz nie umiem sobie wyobrazić "Harry'ego Pottera" bez mugolstwa i mugoli. Ale rzeczywiście, przetłumaczyłem pierwszy tom, używając słowa "tuman" w miejsce "mugol". Toczyłem wtedy o to wielkie spory z wydawcą, panem Robertem Gamble. On twierdził, że "muggle" nie ma pejoratywnego znaczenia. Ja na to pokazywałem mu różne słowniki, z których wynika, że to znaczy coś jak "oszołom, głupek".
Ale wobec deklaracji Amerykanina szkockiego pochodzenia był to oczywiście słaby argument.

Zaraz potem wybuchła afera z pewną amerykańską pisarką, która twierdziła, że wymyśliła to słowo, i wtedy wydawnictwo twierdziło coś wprost przeciwnego, właśnie powołując się na te same słowniki...

Tak, miałem z tego trochę satysfakcji. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać rację mojemu wydawcy. Nadmiernie pejoratywny wydźwięk słowa "tuman" wypaczałby odbiór książki, bo przecież kwestia dobra i zła w "Harrym Potterze" biegnie w poprzek podziału magiczny - niemagiczny. Są źli czarodzieje i dobrzy mugole. W słowie "mugol" zawarta jest nie tyle może obelga, ile łagodne lekceważenie, bo jakoś to słowo się rymuje z lekceważącym określeniem czyjejś narodowości, jak "Jugol" czy "Angol".

Niektórzy twierdzą, że w "Harrym Potterze" w ogóle nie ma dobra i zła. Albo wręcz - że to apoteoza czarnej magii.

Przeważnie twierdzą to osoby, które książki nie czytały albo czytały uprzedzone. Ze skrajnym uprzedzeniem można doszukać się szkodliwej propagandy nawet w "Opowieści wigilijnej" Dickensa! W końcu tam nie ma ani słowa o Bogu (mimo zbliżającego się święta kościelnego!), mamy za to nekromancję, okultyzm, wędrówki z duchami, czarną magię.
Mówiąc serio, w "Harrym Potterze" mamy uosobienie wszelkiego zła, jakim jest lord Voldemort, zabójca rodziców Harry'ego, który latami terroryzował świat czarodziejów. Voldemort nie jest jednak przybyszem z innego świata. Jego zło jest tylko wyolbrzymieniem zwykłego zła, z jakim stykamy się na co dzień. Egoizm, chciwość, pycha - postawy, które widzimy również u innych czarodziejów lub mugoli, znalazły swoje skrajne wcielenie u Voldemorta i jego popleczników.
Wszystkie negatywne zjawiska ze świata mugoli mają zresztą swój odpowiednik w świecie magii. W naszym świecie są Dursleyowie, ale w świecie magii jest rodzina Malfoyów. W naszym świecie mamy osiłków znęcających się nad słabszymi - to samo jest w Hogwarcie, tylko tam wszystko jest jeszcze bardziej przerażające, bo ma większą siłę. Mamy też przesłanie dydaktyczne: że największą wartością jest miłość i przyjaźń, że Harry Potter nie osiągnąłby sukcesu, gdyby nie pomoc innych ludzi, w tym również takich, których wcale nie uważa za swoich przyjaciół. Ja bym nawet powiedział, że dla mnie tego dydaktyzmu jest trochę za dużo.

Zastanawiam się, czy Voldemort może być porównany do jakiegoś realnego zła z naszej historii - czy jego upadek nie zbiega się czasem z upadkiem komunizmu?

Odtwarzając bezwzględną chronologię wydarzeń, można dojść do wniosku, że pierwsza klęska Voldemorta przypada na koniec drugiej wojny światowej, jest więc jakiś związek tego zła z totalitaryzmem. Ale drugi upadek to początek lat 80., a więc łączenie tego z komunizmem wydaje mi się naciągane. Dziś Voldemort odgrywa w tym świecie rolę zbliżoną do Osamy ben Ladena - działa z ukrycia, siejąc od czasu do czasu zniszczenie.

Czasem jako ojciec muszę przybrać ton belferski i bardzo się wtedy cieszę z dydaktycznej wymowy "Harry'ego Pottera". Kiedy widzę, że moje dzieci za bardzo emocjonują się reklamą, nie powiem im przecież, żeby przestały, bo wybitny filozof Erich Fromm napisał o tym książkę. Mówię: "Panowie, zachowujecie się jak Malfoy". To działa!

Tak, i to jak działa! Ja to wypróbowałem na swoich wnukach - kiedy wnuczka zaczepiała swojego młodszego brata, powiedziałem jej, że postępuje jak Dudley. Poczerwieniała ze wstydu.

Czy ma Pan jakiś klucz, którym się Pan kieruje przy przekładzie, na przykład z zasady zostawia jakieś słowa w języku oryginału?

Tłumacz zawsze wnosi coś od siebie, to nieuniknione. Moja największa ingerencja polega na tym, że J.K. Rowling w dialogach nadużywa dopowiedzeń. Moim zdaniem nie ma sensu pisać: "zaklął ze złością rozgniewany...", wystarczy samo przekleństwo. A co do klucza... Na przykład nie tłumaczę nazwisk, nawet jeśli są tak kuszące jak Longbottom. Ale i od tej zasady jest wyjątek - minister magii Korneliusz Knot. Skoro jednak akcja książki dzieje się w Anglii, nazwiska mają być angielskie.
Tłumaczę natomiast ksywki i przydomki. Tu zresztą dotykamy tego, co uważam za najsłabszy punkt mojego przekładu - to ksywki paczki czterech przyjaciół z Hogwartu [oryg. Moony, Wormtail, Padfoot i Prongs; po polsku odpowiednio: Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz - przyp. "WO"]. Jeszcze ten Rogacz jakoś brzmi, bo "prongs" to dosłownie "poroże", ale Łapa... Dzisiaj bym to raczej tłumaczył jako Powsinoga, no ale już tak zostało.

Czytelnicy bombardują Pana listami w takich sprawach?

Bombardują wydawnictwo, a wydawnictwo mi te głosy przekazuje. Słucham ich bardzo uważnie, bo często jest w nich sporo racji.

Czy czytał Pan przekłady "Harry'ego Pottera" z Francji, Niemiec, Czech czy innych krajów?

Przy pierwszym tomie rzeczywiście z zainteresowaniem oglądałem inne przekłady, zwłaszcza niemiecki. Drugi tom już musiał się i tak trzymać konwencji zastosowanej w pierwszym.
Najwięcej zmieniono w przekładzie francuskim i czeskim - nawet Hogwart w wersji francuskiej nazywa się Poudlard. No ale to taka tradycja - Francuzi i Czesi wymyślili własne zamienniki nawet na "komputer".

Czy próbował Pan sporządzić na własny użytek mapę magicznego Londynu, porównując miejsca opisane w książce z prawdziwym miastem?

Ja to muszę robić jako tłumacz. Mam prywatne szkice sytuacyjne dotyczące różnych miejsc akcji - żeby np. wiedzieć, co jest z lewej, a co z prawej strony. Jeśli chodzi o magiczny Londyn, wyraźne wskazówki są co do tego, gdzie jest bank Gringotta. Na tej podstawie można odtworzyć położenie innych miejsc, przede wszystkim magicznej ulicy Pokątnej.

To gdzie ona jest?

Najprawdopodobniej gdzieś w okolicach Charing Cross Road.

To ulica słynąca z dużych i małych księgarni i antykwariatów! A zważywszy na to, że pociąg do Hogwartu odchodzi z dworca King's Cross - położonego tuż obok British Library - zastanawiam się, czy ukrytym przesłaniem książek o "Harrym Potterze" nie jest: prawdziwa magia to po prostu literatura...

Coś w tym jest. Bardzo nie lubię pytania, czy ja sam wierzę w magię, bo nie wiem, co ono właściwie znaczy. Że machając różdżką, można wywołać jakieś skutki? Oczywiście, że wierzę, bo widziałem dyrygenta podczas koncertu. Czy wierzę, że można sporządzić eliksir leczący choroby? Przecież to właśnie robią lekarze. Spójrzmy jednak na literaturę: w różnych miejscach świata ludzie biorą do ręki małe papierowe przedmioty zapełnione tajemniczymi znakami, które nazywają literami, i dzięki tym przedmiotom nagle wszyscy oni przenoszą się na ulicę Pokątną. Jeśli to nie jest magia - to co to jest magia?

linia

Bolga © 2004. All rights reserved.