Powrót do strony "Fan Fiction "

Rozdział: | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |


"Zębate koła szaleństwa".
Autorka: Miriel de Mistero (Hekate)

Rozdział I

w którym Natalka na własne nieszczęście do Hogwartu trafia i na dodatek w niezbyt miłych okolicznościach trójkę huncwotów poznaje


Oczywiście nikt na mnie nie czekał przed bramą wejściową i co ciekawe, wcale mnie to nie zdziwiło. Nie byłam już w stanie dziwić się czemukolwiek - po prostu niezwykle uradował mnie fakt, że ziemia przestała mi wreszcie uciekać spod nóg a żołądek powrócił na właściwe miejsce. Brytyjski środek transportu o dźwięcznej i wiele mówiącej nazwie Błędny Rycerz, ostatecznie zszargał moje, i tak już napięte do granic możliwości, nerwy. Miałam dosyć i było mi wszystko jedno. Poziom wściekłości został ostatecznie przekroczony pozostawiając po sobie jedynie widmową obojętność.
Gdy tylko udało mi się wydostać z tego pojazdu o horrorystycznym rodowodzie, z radości niemal pocałowałam kochany stały grunt zawilgocony ostatnią ulewą. Powstrzymałam się dosłownie w ostatniej chwili, gdy moja narowista wyobraźnia podsunęła mi obraz pewnej nimfy błotnej w gabinecie dyrektorskim. Mówią, że liczy się pierwsze wrażenie i z tego też powodu postanowiłam tak od razu nie zrażać do siebie grona pedagogicznego i zachować względnie przyzwoity wygląd.
Faktem jest, że ktoś powinien wyjść po mnie i mnie po ludzku przywitać. Tego wymagałaby przyzwoitość i miałam czarno na białym napisane, że ktoś mnie z lotniska odbierze i zaprowadzi do szkoły. Ale gdzie tam! Nie dość, że zgubiłam się w Londynie zapodziewając przy okazji połowę bagażu z paszportem włącznie, to jeszcze sama jedna, biedulka niewinna, musiałam zorganizować sobie transport do Hogwartu. Nie dziwcie się więc, że mój humor przypominał rozgotowaną papkę kukurydzianą i że przeklinałam na czym świat stoi swojego profesora od eliksirów, który bezlitośnie wpakował mnie w wymianę międzyszkolną.
Zaczęło się dość niewinnie i, nie bójmy się tego słowa, bardzo przyjemnie. Warzenie eliksirów zawsze było moją mocną stroną, więc W z tego przedmiotu przyjęłam jako w pełni zasłużoną nagrodę. Nie sądziłam jednak, że z oceną będą wiązały się dalsze konsekwencje! Tuż po wakacjach mój profesor od eliksirów, znakomitość wschodniej magii, wezwał mnie do swojego gabinetu i bez słowa zademonstrował okazały pergamin.
- Wymiana międzyszkolna? – zdziwiłam się niezmiernie. – Hogwart? Przecież to najlepsza na Zachodzie uczelnia magiczna!
- Zgadza się – potwierdził. – Dyrektor Dumbledore zamierza pogłębić współpracę między Akademią Krakowską a Hogwartem. Nie będę niczego owijać w bawełnę – to bardzo ważne, doskonale wiesz, że Moskwa nie może nam zapewnić odpowiednich warunków badawczych a na dodatek nieprzychylnie patrzy na jakiekolwiek kontakty z Zachodem. Dzięki tej wymianie mamy szanse na dalszy rozwój. Nauka nie może umierać pod kloszem.
- Rozumiem, oczywiście, że rozumiem – odparłam, czując, że ogarnia mnie euforia. – To faktycznie mógłby być przełom! Problem w tym, że jest październik a rok szkolny zaczął się przecież we wrześniu. Ta oferta jest ... hmm... przeterminowana.
- Były problemy z pocztą – powiedział profesor ze znaczącym błyskiem w oku. Oczyma wyobraźni zobaczyłam zamaskowaną bandę Morderców Sów. – Ale w końcu udało nam się dojść z władzami do porozumienia. Bali się skandalu międzynarodowego i dlatego jedna osoba z Akademii otrzyma paszport i będzie miała możliwość nauki za granicą. Chciałbym bardzo, żebyś to była ty.
- To znaczy, że mimo wszystko ta oferta jest aktualna? – nie mogłam uwierzyć, to było tak nieprawdopodobne i tak piękne, że z trudem dochodziło do mojej świadomości.
- Rozmawiałem z dyrektorem Hogwartu, wszystko jest załatwione. Jeżeli się zgodzić, możesz teleportować się chociażby jutro. Zaległości na pewno nadrobisz a z angielskim z nie powinnaś mieć problemów. W końcu twój dziadek wiele lat spędził w Wielkiej Brytanii i na pewno zachęcił cię do nauki języka. Mam rację?
Powoli skinęłam głową. Postanowiłam zaryzykować.
Znowu zaczęło padać a ponurość entuzjastycznie rozpełzła po okolicy. Rozejrzałam się nerwowo w poszukiwaniu Upiorka, mojego kota obdarzonego wyjątkowo wrednym charakterem. Oczywiście nigdzie nie mogłam go dostrzec, bo październikowy świat tonął już w całkowitych ciemnościach, zaś latarnie przed bramą jak na złość odmówiły współpracy. Zamrugały i zgasły.
- Upiór, jeszcze się z tobą policzę - warknęłam w przestrzeń maskując obawę irytacją, po czym ruszyłam ku mojemu przeznaczeniu.
Zamek rzeczywiście robił wrażenie. Ogromna budowla z mnóstwem wieżyczek i innych dziwacznych ozdobników z kolumienkami korynckimi włącznie. W porównaniu z nędznym budynkiem z okresu realnego socjalizmu, w którym mieściła się nasza Akademia, Hogwart był czymś wręcz zapierającym dech. No i ździebko tandetnym, jak to zauważyła cyniczna cześć mojej osobowości. Światło wydostające się z okienek i okieneczek zamku wkrótce oświetliło mi drogę, dzięki czemu nie potykałam się już co krok, tylko szłam w pozycji w miarę pionowej. Upiora oczywiście nigdzie nie było, ale on zawsze zostawiał mnie samą wtedy, gdy go najbardziej potrzebowałam. Koty są egoistami. Mój kot przewyższał egoizmem wszystkie inne istoty żyjące, ze mną włącznie, co było naprawdę wyjątkowym osiągnięciem...
Drżałam z zimna i nawet złość nie zdołała ogrzać moich zmarzniętych kości. Marzyłam o gorącej herbacie z rumem i ciepłym łóżku. Miałam zdecydowanie dosyć przygód, jak na jeden dzień. Pomyśleć, że poprzedniego wieczora siedziałam sobie w swojej własnej kuchni, w swoim własnym domu i czytałam własną, mugolską powieść kryminalną niewysokich lotów. Los bywa niekiedy zdecydowanie paskudny.
Wrota prowadzące do szkoły otworzyły się przede mną niemal bezszelestnie. Wzięłam bardzo głęboki oddech i wkroczyłam do środka, udając, że wszystko i wszystkich mam głęboko w nosie. Niestety nie miałam na kim wypróbować swego aktorskiego kunsztu, z tej prostej przyczyny, że cały, ogromny, marmurowy hall włącznie ze schodami (na których na upartego można by walca zatańczyć...) świecił pustką. Jeżeli jeszcze łudziłam się, że ktoś przypomni sobie wreszcie o moim przybyciu, w tym momencie straciłam tę nikłą nadzieję.
- Niesprawiedliwe - szepnęłam do siebie wzruszając ramionami.
Weszłam po schodach na górę i skręciłam w pierwszy lepszy korytarz, zupełnie nie zastanawiając się, co właściwie robię. Oczywiście najlogiczniej byłoby zostać w hallu i poczekać na kogoś, kto zaprowadziłby mnie do gabinetu dyrektora. Ale nie, Natalka nie wpadła na to oczywiście! Nigdy nie była z logiką specjalnie zaprzyjaźniona!
Korytarz nie wyglądał zachęcająco. Był wąski, ciemny i dziwnie w nim pachniało. Szłam szybko, stukając obcasami. Na wszelki wypadek wyciągnęłam z kieszeni płaszcza swoją różdżkę, bo przecież nie wiadomo, co się może gnieździć w takim zamczysku, chociażby nawet było szkołą. Przezorność wkrótce się opłaciła.
Korytarz kończył się niewielkim pomieszczeniem o niskim sklepieniu. I nie był to bynajmniej gabinet dyrektora.
- Przeturlaj go jeszcze raz, proszeprszeprosze - usłyszałam czyjś głos, nabrzmiały złośliwą radością.
W odpowiedzi coś zagulgotało niewyraźnie.
Rozległ się śmiech.
- Uważaj na żyrandol - ostrzegł inny głos, trochę niespokojnie. – Jak go rozwalimy po raz trzeci w tym tygodniu, to nam McGonagall kończyny powyrywa a ja w sumie jestem przywiązany do swoich kończyn.
- Ej, Luniaczku, czyżbym słyszał obawę w twoim anielskim głosiku? Gdzie się podziała twoją zwykła perfidia? Wczoraj nie miałeś jakoś oporów, jak dolewaliśmy Eliksir Słoniouszny do piwa kremowego tej małej Ślizgonki...
- Hehe, ładnie jej było z tymi uszami – zachichotał ten, któremu zarzucano brak perfidii. - Chyba zrozumiała, że na nas lepiej nie kablować.
Ciekawość od zawsze należała do bukietu moich podstawowych wad, dlatego wychyliłam się bardziej zza bezpiecznej ściany i otaksowałam komnatę wzrokiem. Zobaczyłam dość interesującą scenkę rodzajową. W pomieszczeniu, na samym środku, stało sobie w pozach dość swobodnych trzech osobników płci brzydkiej i gapiło się z uciechą na sufit. Zastanowiło mnie to nieco, dlatego i ja zerknęłam w tymże kierunku. W pierwszej chwili nie doszło do mnie, co też widzę naprawdę. Do sufitu przyklejone było coś ciemnego i paskudnie rozkraczonego. Coś, co przypominało nieco groteskowego pająka. Tyle tylko, że to nie był pająk.
Jeden z osobników stojących na ziemi machnął różdżką i to COŚ przeturlało się z jednego końca sufitu, na drugi, strącając przy okazji kilka kryształków z okazałego żyrandola.
- Auć - syknął człek z różdżką, obdarzony okazałą, czarną czupryną w stanie skrajnego nieładu. – Cóż za fuks, jeszcze trochę w lewo i byłoby po żyrandolu...
- Rogacz, małpoludzie, uważaj ździebko – ofuknął go jego kumpel, ten od perfidii.
Teraz już byłam stuprocentowo przekonana, że w komnacie odbywa się jakiś samosąd. Nie, nigdy nie byłam obrończynią uciśnionych, zdrowy egoizm mi na to nie pozwalał, ale tym razem... no cóż, byłam po prostu wściekła na cały świat i miałam niewymowna ochotę na kimś się wyżyć. Dlatego też, zamiast przezornie i taktownie się wycofać (czytaj - uciec gdzie pieprz rośnie) wkroczyłam stanowczo do pomieszczenia i stanęłam przy ścianie przybierając pozę wyzywającą.
Nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.
- EKHM chrząknęłam. – Nie to, że się w jakiś sposób czepiam, ale...
Odwrócili się jak na komendę. W różnokolorowych oczkach zabłysło zaciekawienie i może... tak i odrobina obawy.
- Ładne ubranko - zironizował natychmiast kruczowłosy osobnik o lekko zblazowanej minie. - Jakiś bal gałganiarzy odbywa się w Wielkiej Sali? – Lunio, Jimmy, czy ja o czymś nie wiem?
Jego towarzysze uśmiechnęli się lekko.
Istota na suficie jęknęła coś mało cenzuralnego.
Hmm... tak, byłam odrobinkę ubłocona, ale nie aż tak, żeby się ze mnie perfidnie wyśmiewano! Nie wiedzieli z kim zadzierają, biedactwa. Nie wiedzieli.
- Jak już powiedziałam - mój głos zabrzmiał lodowato. - Daleka jestem żeby się czepiać, ale coś mi mówi, że mam... BARDZO - machnęłam różdżką. – BARDZO ZŁY HUMOR!!!
Ten z cyniczną buźką wylądował na suficie. Cóż, nie wpadł na to, że będę w stanie go tam wywindować. Szczerze mówiąc, sama w to wątpiłam, ale jak widać – wściekłość dodaje energii.
Drugi, potarganiec, całkiem nieźle zasłonił się tarczą energii, ale zapomniał o głowie... powiedzmy delikatnie, że nieco mu się czerep powiększył.
No a trzeci, brązowowłosy postąpił całkiem rozsądnie i pomijając jakiekolwiek czary zrobił uroczy półobrót i zniknął za filarem podtrzymującym sklepienie komnaty.
- Macie coś jeszcze do powiedzenia na temat mojego stroju, podłe, męskie kreatury? – wysyczałam.
- Drętwota!
No cóż, całkiem niezły pomysł, ale brązowowłosemu nie udało się go zrealizować. Schyliłam się błyskawicznie i zdrętwiała ściana nad moją głową.
Chciałam rzucić zgrabną błyskawiczkę usypiającą, ale coś mi się chyba pomyliło, bo z różdżki strzelił jakiś dziwaczny, jaskrawofioletowy płomyk.
Mój przeciwnik nie zdążył się ukryć i usłyszałam jego cichy jęk. To mnie chyba dopiero ostudziło. Przypomniałam sobie, że miałam robić dobre wrażenie w nowej szkole a nie przy pierwszej sposobności wymordować wszystkich jej uczniów.
- Żyjesz? - zapytałam niepewnie. Przyklejone do sufitu postacie gulgotały przeraźliwie. Dyniogłowy usiłował się odczarować, ale zupełnie mu się nie udawało.
- Taaa, żyję - zabrzmiał spokojny głos zza filara. - Tak mi się przynajmniej wydaje. Co to było, do kroćset, w życiu nie widziałem czaru tej barwy! Masz jakieś problemy ze wzrokiem?
- Ech... eee... cóż.... - wydukałam. Wściekłość powoli ze mnie spływała. Poszperałam w kieszeni płaszcza i wydobyłam z niej małą flaszeczkę. – Rozejm - stwierdziłam. - Rzucam ci lekarstwo, bo sądząc po odgłosach moja błyskawiczka zdołała cię jednak ukąsić. Mimo swojej intrygującej barwy - dodałam zgryźliwie.
Wychylił się. No tak, cały policzek we krwi.
- Łap - rzuciłam buteleczką. – To nie trucizna, powinno pomóc.
Złapał zręcznie.
Rozejrzałam się. Komnata wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. No i żyrandol wyparował. Po prostu, najzwyczajniej w świecie wyparował.
Machnęłam różdżką ściągając z sufitu tego nieszczęśnika, który mi się z pająkiem skojarzył na początku. Arogancika zostawiłam na pastwę losu.
A potem ktoś złapał mnie za rękę, tę, w której trzymałam różdżkę, i wykręcił mi ją do tyłu. Stanowczo, ale i łagodnie.
- Och, widzę, że już do nas dotarłaś - powiedział ktoś sympatycznym, głębokim głosem.- Jestem Dumbledore, dyrektor Hogwartu.

***

- Nie, ja jej tego nie daruję - powiedział stanowczo Syriusz do swoich kumpli, gdy wracali. połatani i naprawieni ze skrzydła szpitalnego. - Żeby baba mnie na sufit...
Lupin parsknął cicho.
- Oj, Łapie nosek przytarli, jakież to smutne. A swoją drogą, ciekawe skąd się to powabne dziewczę w mugolskim stroju wzięło w Hogwarcie. Widzieliście ją kiedykolwiek?
Obaj zaprzeczyli stanowczo.
Jimmy z niepokojem pomacał czaszkę. Całe szczęście jej wielkość wróciła do normy...
- Daliśmy się pokonać jak jacyś marni Ślizgoni. Czuję się brudny! - powiedział z aktorską namiętnością. – Tak być nie może, koledzy! Trzeba się jakoś zemścić!
- Dumbledore nie wyglądał na zdziwionego jej obecnością – wtrącił z niewinnym wyrazem twarzy Lupin. – Może to jego sprawka. Może za bardzo zaleźliśmy mu za skórę i....
- ZAMKNIJ SIĘ NADĘTY PREFEKCIE! – przerwali mu jednogłośnie.
- Dobra, dobra – wzruszył ramionami. – Ja tak tylko... na wszelki wypadek, że tak powiem... zapobiegawczo mówię. Chodźmy wreszcie na tę kolację, bo nam wszystko wyjedzą a ja umrę, jeżeli zaraz nie dostanę świeżego pasztecika.

***

Przeczucie mnie nie myliło. Przez własną, niepowstrzymaną głupotę trafiłam do domu wariatów, bo inaczej nie można chyba nazwać szkoły, w której dyrektor wchodzi do własnego gabinetu na hasło „karmelowy budyń”. Nie przeczę, karmelowy budyń jest smaczny, ale...
Usiedliśmy przy biurku. Ze ściany łypały na mnie jakieś bezczelne portrety i szeptały coś do siebie, wyraźnie na mój temat. Dumbledore poczęstował mnie kawałkiem czekolady (wzięłam, nie wypadało domówić) i przyjrzał mi się uważnie. Tak uważnie, że poczułam mrowienie w kręgosłupie. Mimo wariactwa, ten człowiek miał coś w sobie. Nie na darmo nazywano go jednym z najpotężniejszych czarodziejów naszych czasów.
- Witam w naszej szkole, Natalie – powiedział z uśmiechem. - Widzę, że udało ci się tutaj dotrzeć bez specjalnych problemów.
„- Bądź grzeczna, nie pyskuj, nie podskakuj”- nakazywałam sobie w duchu –„Grzeczna... uprzejma...”
- Nie nazwałabym tego bezproblemowym dotarciem, ale dziękuję. Jestem dość samodzielna, żeby bez pomocy znaleźć największą uczelnię magiczną w okolicy.
„- Co ty gadasz, kretynko!!!” - mój zdrowy rozsądek ofuknął mnie groźnie, ale go ostentacyjnie zignorowałam
-Tak - Dumbledore nie przestawał się uśmiechać. – Samodzielność jest chyba u was rodzinna...
Zerknęłam na niego podejrzliwie. Co on mógł wiedzieć o mojej rodzinie? Przecież mieszkali tysiące kilometrów od Hogwartu! Zaraz... coś zaczynało mi świtać... a może....
- Znał pan może mojego dziadka? – zaryzykowałam.
Skinął głową potakująco, ale więcej wyjaśnień od niego nie otrzymałam.
- Zaraz udamy się do Wielkiej Sali na kolację. No i odprawimy dla ciebie maleńką ceremonię przydziału...
Znowu wielka niewiadoma. Byłam zła na siebie, że nie przeczytałam przed wyjazdem żadnych folderów dotyczących Hogwartu.
Dumbledore zdjął z szafki stary, szary i paskudny kapelusz. Położył go na biurku. Potem pisał coś dłuższą chwilę na śnieżnobiałej płachcie pergaminu.
Gdy zastanawiałam się już, czy przypadkiem nie wypiłam przez pomyłkę jakiegoś środka na niewidzialność, przypomniał sobie wreszcie o mnie, wstał i wskazał drzwi:
- Idziemy? Musisz być strasznie głodna. Ach - szepnął konspiracyjnie. – Musisz wiedzieć, że będą dziś na kolację takie pyszne, cieplutkie paszteciki....

***

Wielka sala prawie zbiła mnie z nóg. Trudno jest przemieszczać się z oczami wiecznie utkwionymi w przecudownym suficie. Zaczarowano go tak, że przypominał prawdziwe, gwieździste niebo! Nie spodziewałam się, że będę jadała kolacje pod gwiazdami...
Gdy przechodziliśmy z Dubledorem między długimi stołami pełnymi uczniów, wszystkie oczy skierowały się na nas. Ja, w moim brudnym, mugolskim płaszczu musiałam zrobić na nich piorunujące wrażenie, bo za moimi plecami wybuchały szepty i syknięcia. Zupełnie przez przypadek mój wzrok natrafił na znaną mi już trójkę dręczycieli, których w sposób nader artystyczny spacyfikowałam. Wyglądali już po ludzku, więc prawdopodobnie ktoś doprowadził ich do ładu.
Przed nami stał jeszcze jeden stół. Jak się trafnie domyśliłam, zasiadali w nim nauczyciele. Oni też dyskretnie na nas zerkali bezskutecznie usiłując ukryć zainteresowanie.
Dumbledore zaprowadził mnie na drewniany podest, spod krzaczastych brwi omiótł spojrzeniem całą salę, aż w końcu uciszył uczniowski gwar jednym ruchem dłoni. Musieli czuć przed nim respekt, bo posłusznie zamilkli. Czułam się jak aktorka w czasie przedstawienia - przestałam odróżniać poszczególne twarze a sprzęty zlały się w jedną całość. Moje pozorne opanowanie pękło niczym bańka mydlana i poczułam drżenie kolan. Wprawdzie nigdy nie bałam się publicznych wystąpień, ale co innego występ na „swoich śmieciach” a co innego w zupełnie nieznanym terenie!
- Kochani - usłyszałam jakby z pewnego oddalenia melodyjny głos Dumbledora. - Mam dzisiaj dla was wyjątkowo miłą niespodziankę. Otóż przyjechała do nas młoda czarownica z Polski, która, mam taką nadzieję, zostanie w Hogwarcie aż do końca przyszłego roku. Chciałbym żeby czuła się u nas jak u siebie w domu, więc proszę was, żebyście pomogli jej w aklimatyzacji. Liczę też na to, że pomysł wymiany międzyszkolnej dobrze się przyjmie i już w przyszłym roku my także będziemy mogli wysłać naszych uczniów do zagranicznych akademii magii. Nie muszę chyba wspominać o korzyściach płynących z takiego przedsięwzięcia.
Ponownie wybuchły rozmowy. Widocznie temat wymiany międzyszkolnej wzbudził w uczniach sporo emocji. A może usłyszeli o tym pomyśle po raz pierwszy?
- No tak... - zaczął znowu Dumbledore. – Zaraz się przekonamy, w którym domu zamieszka Natalie. Niech zdecyduje Tiara Przydziału.
Tiara Przydziały, phy! Cóż za pompatyczna nazwa, jak na taki obrzydliwy, stary kapelusz. Nie zdążyłam nawet zaprotestować. Kapelusz niewiadomym sposobem znalazł się na mojej głowie i przysłonił mi cały światopogląd. Na chwilę straciłam oddech i zdolność racjonalnego myślenia. W końcu, głęboko w wewnątrz czaszki usłyszałam świdrujący głosik.
- Hmm... co my tu mamy... interesujące... nigdy wcześniej nie widziałam takiego śmietniska!
„- Też coś!”- warknęłam w myślach. - „Na mój gust, w mojej głowie panuje wręcz idealny porządek!”
- Ciekawe, mam nieco innego pojęcie o idealnym porządku... - zachichotał głosik. - Widzę tu spore pokłady inteligencji. Ale inteligencji posypanej złośliwością... taaaak... Hufflepuff odpada, można ci wiele zarzucić, ale z cała pewnością nie należysz do istot przeciętnych...
„- Dzięki”- prychnęłam. -„Niemal się wzruszyłam. Mogłabyś, kimkolwiek jesteś, wyjaśnić mi o co tu w ogóle chodzi”?
- Hem... wielki potencjał... może Ravenclaw? – kontynuował głosik całkowicie mnie ignorując. - Och nie, zanudziłabyś się tam po pięciu dniach. Potencjał tak, ale skażony lenistwem...
„-Zaraz!”- zbuntowałam się. „- Co to ma być? Wiwisekcja? Ja protestuję!”
- Cicho tam, nawet nie wiesz ile ja się musze namęczyć, żeby was poprzydzielać do odpowiednich domów. I co najgorsze – nikt mi nawet nie współczuje... chlip... Gryffindor... oj, silny charakter wyczuwam. Byłabyś zdolna góry przenosić, gdyby ci tylko zapłacili... eee... no tak... widzę tylko jedną możliwość...

SLYTHERIN!

Kapelusz przestał nagle uciskać moją głowę. Zamrugałam nerwowo i rozejrzałam się dookoła. Przy jednym ze stolików zagrzmiał gorący aplauz. Przy innych coś jakby... jęczało? Syczało? Narzekało?
- No, teraz już wszystko jasne - powiedział Dumbledore. - Natalie, idź do swoich kolegów - wskazał ów stolik od aplauzu. – Życzę wszystkim miłego wieczora!
Posłusznie zeszłam z drewnianego podestu i podeszłam do stolika, nad którym lśniła soczystą zielenią jakaś płachta. Błyskawicznie zrobiono mi miejsce przy ławie i kilkanaście prawic wyciągnęło się ku mnie w geście powitania. Zasypano mnie dziwacznymi imionami i jeszcze dziwaczniejszymi nazwiskami. Osobnik, który siedział tuż koło mnie odezwał się dopiero na samym końcu, podsuwając mi talerz pełen pasztecików.
- Jestem Severus Snape - stwierdził niepewnie. W tym momencie poszczególne śrubki w moim mózgu zaczęły poprawnie funkcjonować i zrozumiałam, że mam przed sobą owego pająka, którego wcześniej ściągnęłam z sufitu. Nie parsknęłam śmiechem tylko dlatego, że jamę gębową miałam już zapchaną pasztecikami...

***

- No tak, to właściwie można było przewidzieć - powiedział Jimmy z pełnymi ustami. –Szczerze mówiąc, niewymownie bym się zdziwił, gdyby trafiła do Gryffindoru.
Syriusz łyknął trochę soku dyniowego i uśmiechnął się tym swoim paskudnym, łotrowskim uśmieszkiem, który zawsze zwiastował jakiś nieprzyjemny dowcip.
- No ale teraz mamy przynajmniej moralną podstawę, żeby się zemścić.
- Howgh - mruknął pod nosem Lupin z wyraźną kpiną. – Każdy Ślizgon to nasz wróg, tyle tylko, że nie każdy potrafi zrobić Gryfonowi z głowy całkiem estetyczną dynię...
Jimmy przezornie nie odpowiedział na zaczepkę.
- Ech, patrz na Smarka, wygląda jak cyrkowy piesek! Tylko patrzeć jak zacznie merdać ogonem.
Stracili jakoś dobre humory. Wszyscy trzej spoglądali ukradkiem w kierunku ślizgońskiego stołu i przeżuwali niewypowiedziane przekleństwa. Lupin krzywił się niesamowicie, jakby zamiast soku z dyni pił herbatkę piołunową. Jimmy mrużył krótkowzroczne oczy i milczał złowrogo. Syriusz wyżywał się na łyżeczce od herbaty zamieniając ją co kilka sekund w jakiegoś robala.
- Można by się po kolacji wybrać do biblioteki – stwierdził w końcu Lupin, przerywając milczenie. – Przydałoby się jakieś dobre zaklęcie.
- Taa - zgodził się Syriusz. – Ale takie naprawdę perfidne. I trudne do usunięcia.
Wstali niemal jednocześnie i szybko opuścili Wielką Salę. Profesor McGonagall pożegnała ich długim, podejrzliwym spojrzeniem, ale wkrótce wróciła do przerwanej rozmowy z Dumbledorem.


strzała nawigacji poprzedni kolejny

Powrót do strony "Fan Fiction"