Powrót do strony "Fan Fiction "

Rozdział: | 1 | 2 | 3 |


"Dziedzictwo Gryffindora". Autor: Zgredek

Rozdział I - "Powrót Bellatriks"


Uwielbiający porządek i dobre maniery, sztywni mieszkańcy Privet Drive, chyba po raz pierwszy w życiu zamiast spać w godzinach nocnych, oddawali się rozrywkom typu dyskusji o polityce, czy rozprawiania o swoich nowych samochodach. Powodem tego było wielkie przyjęcie urządzone przez państwa Dursley'ów, na które każdy szanujący się mieszkaniec tej małej uliczki musiał przybyć.
Impreza (jeśli można to tak nazwać) wydałaby się śmiertelnie nudna komuś spoza Little Whinging. Jednak dla gości była to niecodzienna rozrywka. Dzieci zaproszonych bawiły się z synem gospodarzy - Dudley'em, a raczej tęsknie zaglądały na monitor zza pleców jego bandy. Chyba tylko Piers i inni najbliżsi koledzy tego tłuściocha mieli dostęp do komputera.
Jedyną osobą, która nie brała udziału w zabawie był szesnastoletni chłopiec rozmyślający w swojej sypialni. Tym chłopcem był Harry Potter, próbujący oderwać się od wspomnień z Departamentu Tajemnic. W tym momencie zaczął ponowne próby oczyszczenia umysłu. Były dwa powody, dla których Harry tak często tego lata ćwiczył oklumencję: po pierwsze, nie przychodziło mu nic innego do głowy, czym by mógł się zająć, a tak przynajmniej nie miał wyrzutów sumienia. Po drugie, ta rzadka sztuka magiczna polegała na wyzbyciu się wszystkich wspomnień, dzięki czemu czarnowłosy chłopiec zapominał o swoim ojcu chrzestnym.
Harry uważał to lato za najgorsze jakie dotąd przeżył. W zasadzie chłopak nie powinien narzekać, rok temu na pewno było gorzej. Dzięki potajemnym spotkaniom z Arabellą Figg, wiedział co się dziej w Zakonie, oraz o rzeczach w ministerstwie, o których "Prorok Codzienny" nie pisał. Nikt go już nie uważał za kłamcę, przeciwnie dostawał stosy listów od wielbicieli (które jak łatwo się domyleć denerwowały wuja Vernona). Poza tym w "Proroku" ukazał się artykuł o Umbridge napisany przez Ritę Skeeter. Tym razem redaktorka mogła się nieźle wyżyć. Materiał dostarczony przez uczniów pod koniec roku szkolnego spowodował, że jedno z wydań najsłynniejszej gazety czarodziejów w połowie składało się z tekstu o byłej dyrektorce i to wcale niemiłego. Harry dowiedział się również, że Knot publicznie skazał ją na dożywocie za próbę użycia zaklęcia Cruciatus.
Mimo to mieszkaniec najmniejszej sypialni przy Privet Drive 4, nadal był nieszczęśliwy i po próbie Oklumencji zdecydował się na spacer. W tym hałasie nie był w stanie nawet myśleć. Dlatego też przez nikogo niezauważony zszedł po schodach, potem przeszedł przez próg i znalazł się na świeżym powietrzu.
Pomarańczowe latarnie Privet Drive dawały dużo światła, więc Harry miał widoczność prawie tak dobrą jak za dnia. Chłopiec wyszedł tylnym wyjściem i teraz przechodził przez ogród. Usłyszał jakiś ruch w krzakach, ale nie zwrócił na niego uwagi. Pani Figg już dawno powiedziała mu, że ktoś z Ministerstwa go śledzi, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Kiedy dotarł do furtki zauważył coś dziwnego. Ulicą przechadzał się jakiś mężczyzna w długim płaszczu z zakapturzoną twarzą. Wzbudziło to w Harrym podejrzenia. Każdy mieszkaniec Privet Drive był teraz w salonie wuja. No i dlaczego ma zakapturzoną twarz?
Przechodzeń chyba go zauważył, bo się zatrzymał. Stał tam kilka sekund, a następnie ruszył w stronę chłopca sięgając ręką do bocznej kieszeni. Harry'ego przeszedł dreszcz strachu. W jednej chwili zaciskał palce na różdżce ukrytej w prawej kieszeni kurtki. Mężczyzna zatrzymał się jakie dziesięć kroków od Harry'ego, po czym w ułamku sekundy wyciągnął różdżkę i krzyknął:
-Drętwota!
-Protego!- Harry był na to przygotowany i zasłonił się tarczą. Zaklęcie rzucił poprawnie, lecz siła oszałamiacza była tak duża, że żaden z podstawowych uroków nie mógł go zatrzymać. Tarcza zatrzymała jednak część zaklęcia i Harry mógł, chociaż ograniczenie, używać zdolności ruchu. Gdy przeciwnik podniósł różdżkę do góry, aby zamachnąć się rzucając zaklęcie Harry krzyknął:
-Inflamanto
Czarodziej zdołał powstrzymać ogień wydobywający się z różdżki Harry'ego, ale nie mógł go odbić. Co jak co, ale zaklęcia chłopaka nie były takie słabe.
Nagle Harry poczuł, że coś odpycha go w tył. Wpadł w krzaki, dzięki czemu w ogóle nie było go widać. Chłopak obrócił głowę i zobaczył biegnącego szpiega z Ministerstwa, który miotał w przeciwnika różnego koloru strumieniami światła. Najwyraźniej to on ukrył Harry'ego w krzakach, aby był bezpieczny.
Śmierciożerc (a przynajmniej tak sądził Harry) nie pozostawał mu dłużny. W parę chwil później szpicel z Ministerstwa leżał na trawie. Ale to nie był koniec. W ogrodzie zaczęli się aportować aurorzy. Ich przeciwnik jednak bez problemu dawał sobie z nimi radę.
-Drętwota! Imperio! atakuj innych!Impedimento! Crucio- Po jakimś czasie wszyscy leżeli bez ruchu na ziemi. Ku przerażeniu Harry'ego z domu w towarzystwie gości wyskoczył wuj Vernon.
-Co tu się dzie...?
-Mugole?Avada Ke..
-Nieee! Expelliarmus!- krzyknął Harry. Czarnoksiężnik nie spodziewał się ataku od tyłu i zaskoczony wypuścił różdżkę. Gdy się po nią rzucił Harry ponowił atak:
-Petrificus Totalus!
Śmierciożerca upadł sztywno na ziemię. Harry wiedział, że zaklęcie przestanie działać. Podszedł do przeciwnika z podniesioną różdżką.
-Drę...
-Stój!- Harry obejrzał się. Auror trafiony Impedimento najwyraźniej odzyskał zdolność ruchu.- Nieźle sobie z nim poradziłeś, a to był naprawdę potężny czarodziej, jeden z najpotężniejszych jakich spotkałem, zobacz ilu przeciwników naraz pokonał. Korneliusz będzie dumny. Nie, nie bój się - powiedział gdy zobaczył minę Harry'ego - minister nie ma prawa cię nawet oskarżyć, jestem pewny, że nawet tego nie chce. Teraz całe ministerstwo uważa Cię za bohatera więc powinie...-Ale w tym momencie wróg zaczął się czołgać po różdżkę i Harry krzyknął:
-Drętwota!- Śmierciożerca padł znowu na ziemię, a auror zaczął bić brawo.
-No, no, nigdy bym się nie spodziewał, że tak młody człowiek może tak dobrze władać czarami. Ach tak, bym zapomniał. W końcu minister powinien o wszystkim wiedzieć nie? - po czym wyjął lusterko podobne do tego, które Syriusz dał Harry'emu pod koniec Świąt i dodał - Korneliusz Knot! - chłopak zajrzał przez ramię mężczyzny i zobaczył w lusterku twarz ministra.
-Och, witam Alfredzie jakie wieci.. - człowiek nazwany Alfredem zaczął składać relację z tego co się wydarzyło. Harry'ego w ogóle to nie interesowało. Był oszołomiony, w głowie aż roiło się od pytań. Poza tym wezbrała w nim ciekawość. Podszedł do Śmierciożercy odsłonił kaptur i..
-Ja chrzanię!- krzyknął. Okazało się, że to tylko płaszcz nadawał postaci sylwetkę mężczyzny. Tak naprawdę była to kobieta, kobieta, której Harry nienawidził - Bellatriks Lestrange. Harry nie mógł się powstrzymać i kopnął ją w twarz.
-Hej Harry nie tak ostro!- zawołał Alfred po czym zwrócił się do lusterka - Zmodyfikować pamięć?
-Oczywiście!
-A więc.. - podszedł do mugoli - Obliviate! Obliviate!...
-Niesamowite! Gdybym nie widziała na własne oczy, nigdy bym nie uwierzyła!
-Co? Jeszcze jedna? Obliv..
-Nie trudź się ćwoku, nie jestem mugolem. Słuchaj Harry, Dumbledore już o wszystkim wie.. łap!- krzyknęła i rzuciła Harry'emu czapkę.
-Pani Figg co..?- ale sąsiadka nie zwracała na niego uwagi.
-Trzy.. dwa.. jed..- ale wtedy stało się coś dziwnego. Wszyscy aurorzy już się przebudzili, ale nie wiadomo jak, ze stanu oszołomienia wyrwała się Bellatriks i zaczęła uciekać, miotając na wszystkich zaklęcia. Harry sięgnął po różdżkę, ale wtedy:
-..en.. Start!
Harry poczuł gwałtowne szarpnięcie w okolicach pępka. Powracał...

* * *

Harry wylądował tak nagle, jak wyruszył. Przewrócił się, ale po chwili wstał i rozejrzał się dookoła. Myślał, że wyląduje na Grimmauld Place 12, ale to nie była Kwatera Główna Zakonu Feniksa. To był dom, dom, w którym był już dwa razy. Znalazł się w Norze...
Ale teraz dom był opuszczony. Wyglądało na to, że ktoś tu niedawno mieszkał, ale się wyprowadził. Cienka warstwa kurzu pokrywała półki, a podłoga była brudna. Teraz Harry naprawdę się wkurzył. Właśnie został zaatakowany przez śmierciożercę, a oni wysyłają go do pustego domu Rona. Już zamierzał rozwalić coś w tej chałupie gdy usłyszał trzask.
Nagle ktoś złapał go za ramię. Ten ktoś zapytał go ostrym tonem, którego Harry baaardzo nie lubił.
-Kto to był Potter? Co się stało? Mów!- Harry obrócił się i stanął twarzą w twarz z Severusem Snapem. Teraz chłopak nie wytrzymał.
-CO SIĘ STAŁO?! ZOSTAŁEM ZAATAKOWANY PRZEZ ŚMIERCIOŻERCĘ! A WY WYSYŁACIE MNIE DO TEGO ZAWSZONEGO DOMU..
-ZAMKNIJ SIĘ POTTER! Mów co się stało słyszysz! Wyjaśnienia otrzymasz jeszcze tego dnia, ale...
-SAM SIĘ ZAMKNIJ SMARKERUSIE, CHCĘ WIEDZIEĆ CO SIĘ DZIEJE!!!
-Odpowiesz mi za to, a teraz..- Snape był wyraźnie wściekły i to nie bez powodu. Harry specjalnie użył jego przezwiska z lat szkolnych.
-CO TERAZ?!
-Aleś ty uparty Potter, Legilimens!
Harry cały czas myślał o tym co się wydarzyło, toteż był łatwym celem dla Snape'a. W normalnych warunkach może i byłby w stanie się ochronić oklumencją, ale teraz był tak wzburzony, że nie mógł myśleć i tylko oserwował ponownie tę scenę.
Po chwili chłopak wylądował na kolanach.
-Dobra. Niedługo ktoś po ciebie przyjdzie. A za.. za Sam- Wiesz- Co odpowiesz mi kiedyś. Teraz się spieszę.- i deportował się.
-Świetnie!- krzyknął Harry i porwał jeden z wazonów stojących na półce, a potem rzucił go na podłogę z taką siłą, że oberwał rozlatującymi się kawałkami porcelany.
-Harry spokojnie!- chłopak nawet nie usłyszał jak ktoś się aportował, ale wiedział kto to powiedział. Odwrócił się i spojrzał w te jasne, błękitne oczy, które dobrze znał. Ale one już go tak nie uspokajały jak rok temu. Teraz ich praktycznie nienawidził.
-Trzymaj.- powiedział podając mu jedno z urządzeń ze swojego gabinetu- Za pół godziny lecimy stąd. Tu nie jest bezpiecznie.
-Ale panie profesorze..
-Harry posłuchaj. Wyjaśnię ci wszystko, nie popełnię tego samego błędu co rok temu. Ale tego nie będziemy omawiać tutaj.
-To po co w ogóle tu przylecieliśmy?- krzyknął jeszcze głośniej chłopak.
-Wyjaśnię ci wszystko, ale nie teraz. Proszę, uspokój się!
Harry uległ wpływowi Dumbledore'a. Wściekły usiadł w kuchni wpatrując się w zegar. Było to trochę bezsensowne, bo on nie pokazywał godziny. Siedzieli tak dość długo, a Harry'emu oczy zaczęły łzawić. Już chciał po prostu zamknąć oczy i się zdrzemnąć, gdy zauważył, że wskazówka pana Weasley'a wskazuje "Groźba Śmierci".
-Coo?- ponownie spojrzał na zegar, ale wskazówka powróciła na dawne miejsce.
-Co się stało, Harry?- spytał Dumbledore.
-P..Panie Profesorze, przez chwilę zdawało mi się, że wskazówka pana Weasley'a wskazywała..
-.."groźbę śmierci"?
-Skąd pan profesor wie?
-Prawdopodobnie uniknął Avady Kedavry.
-Ale skąd..
-No Harry, już czas. Lecimy tym świstoklikiem. Gdy już tam dotrzemy na miejsce wszystkiego się dowiesz.
-To w końcu gdzie lecimy?
Ale profesor nie zdążył odpowiedzieć. Ich stopy oderwały się od ziemii. Jakiś czas lecieli, po czym gładko wylądowali na trawie. Harry rozejrzał się, chcąc wiedzieć gdzie są. Od razu poznał ten dom. To trochę dziwne, ale wylądowali przy... Privet Drive 4.

* * *

Harry rozejrzał się dokładnie. Siedziba jego wujostwa wyglądała zupełnie inaczej niż jeszcze dwie godziny temu. Dom i ogród nosiły ślady walki. Krzaki były pogniecione, trawa przypalona, a w niektórych miejscach z domu odpadł tynk. Zbite szyby dopełniały obrazu.
Profesor ruszył w stronę drzwi, a chłopak podążył za nim. W pewnym momencie nadepnął na czyjąś złamaną różdżkę. Po chwili byli już w salonie, który zupełnie nie pasował do tego co się działo na zewnątrz. Wszystko było schludnie ułożone, firanki skutecznie zasłaniały zbite okna, nawet obrus był czysty. Harry był pewien, że w tym pokoju wszystko wyglądałoby tak samo, gdyby przyjęcie się udało.
-Widocznie nie zdążyli zmodyfikować pamięci twojej rodzinie, więc ją po prostu oszołomili.- powiedział Dumbledore. Harry spojrzał we wskazane miejsce. W otwartych, szklanych drzwiach leżał nieprzytomny wuj Vernon, ciotka Petunia i ich syn Dudley. Reszta mugoli gdzieś zniknęła.
-Enervate!-mruknął profesor trzy razy machając w stronę Dursleyów. Ci podskoczyli nagle i zaczęli się przekrzykiwać tak, że ich siostrzeniec nie mógł nic usłyszeć.
-Trankuillos!- mruknął ponownie Dumbledore jednym machnięciem obejmując całą rodzinę. W tym momencie wszyscy się uspokoili.
-Lepiej idź do swojej sypialni Harry. Twoje wujostwo jest w stanie szoku. Lepiej żebyś im nie stał na drodze. Za dziesięć minut będę w twojej sypialni.
Harry posłusznie udał się na górę. Na początku z dołu słyszał krzyki. Najwyraźniej wuj Vernon krzyczał na Dumbledore'a jakby go palili na stosie, ale później się uspokoił. Po piętnastu minutach w drzwiach pokoju pojawił się dyrektor Hogwartu.
-No więc Harry. Spodziewam się, że chcesz wiedzieć co się dokładnie stało. Ja jednak zacznę od końca, bo wtedy łatwiej wszystko zrozumiesz.
-Od końca, to znaczy..?
-Dlaczego najpierw wylądowałeś w Norze zamiast w np: Hogwarcie oraz dlaczego jesteśmy teraz tutaj.
-No właśnie, dlaczego?
-Otóż Harry. Spodziewamy się, że Voldemort razem ze śmierciożercami po nieudanej próbie zdobycia cię tutaj wyruszył na dalsze poszukiwania, wiedząc, że później nie będzie praktycznie szans na zdobycie ciebie. Bellatriks widziała, że wyruszasz świstoklikiem. Na pewno zawiadomiła swojego pana, który posłał wiadomość do swoich szpiegów w ministerstwie. Mieli oni się dowiedzieć gdzie poleciałeś. My na szczęście to przewidzieliśmy i zabezpieczyliśmy świstoklik. Jednak tamci na pewno znają kierunek, w którym leciałeś. Trik polegał na tym, że dom Rona jest położony mniej więcej na lini drogi z Privet Drive do Hogwartu. Teraz na pewno Voldemort będzie chciał sprawdzić czy tam jesteś. Jutro z rana spodziewam się Draco Malfoya w dzrzwiach zamku.
-Ale jak on by się tam dostał? I po co?
-Harry nie rozumiesz? Lucjusz Malfoy jest bliskim przyjacielem Knota. Z łatwością zdobędzie pozwolenie na wcześniejszy przyjazd do Hogwartu swojego syna, który zostanie tam wysłany po to, aby sprawdzić, czy ty tam jesteś.
-Ale w jaki sposób Lucjusz Malfoy..? Przecież przyłapali go na gorącym uczynku nie? Wtedy, w Departamencie Tajemnic?
-Wtedy Harry, popełniłem duży błąd. Kiedy Voldemort teleportował się z holu ministerstwa, myślałem, że ucieka do jakiejś bezpiecznej kryjówki. Tymczasem on aportował się w sali śmierci i zaczął uwalniać swoich najwierniejszych śmierciożerców. Kiedy pojawiliśmy się tam z Knotem usłyszeliśmy głośną serię trzasków, która mogła oznaczać tylko jedno: deportację wielu osób. Kiedy wpadłem do Sali Śmierci zobaczyłem, że moje liny antydeportacyjne zostały po części zerwane. Voldemort zdołał uwolnić parę swoich sług, wśród których był Lucjusz Malfoy.
-A więc on znów się wymigał?
-Tak, ale nie o tym mowa. Myślę, że gdy śmierciożercy dowiedzą się, że ciebie nie ma w szkole, ponownie zaczną szperać w ministerstwie i dowiedzą się, że znowu jesteś tutaj. Wtedy tłumnie wyruszą w to miejsce. Chyba bardzo się zdziwią, gdy zamiast ciebie zastaną tutaj wszystkich aurorów jakich ma w tej chwili ministerstwo.
-Ale panie profesorze, jeśli znowu gdzieś wyruszę, ministerstwo na pewno będzie wiedzieć, że ponownie użyto tutaj świstoklika. I Voldemort będzie wiedział, że już mnie tu nie ma.
-Sęk w tym, ży wcale nie będą wiedzieć, że użyliśmy świstoklika. A to dlatego, że wcale go nie użyjemy. Jutro o świcie musisz być spakowany.
-No dobra, a dowiem się czemu Bellatriks mnie zaatakowała. Przecież to Voldemort ma mnie zabić.
-Tego nie wiemy. Podejrzewam jednak, że miała cię dostarczyć swojemu panu. U swojego wujostwa jesteś najmniej bezpieczny, właśnie dlatego zaatakowali cię właśnie teraz.
-Aha. Miała mnie zabrać, a Voldemort dokonałby mordu na bezbronnym chłopcu. Niezły plan.
-Harry, jeśli masz jeszcze jakieś pytania to je zadaj. Jest już trochę późno więc..
-Na razie nic mi nie przychodzi do głowy. Chyba może pan wracać do Hogwartu.
-Do widzenia, Harry. A tak na prawdę nie lecę do Hogwartu.
-A gdzie?- spytał Harry, ale Dumbledore już się deportował. Chłopak trochę zły na dyrektora zszedł do kuchni po coś do jedzenia. Skoro ma się spakować w ciągu paru godzin, w dodatku w ogóle nie śpiąc, to musi mieć siły. Gdy jednak zaczął wchodzić na schody, usłyszał za sobą głos wuja:
-Nie tak prędko chłopcze. Najpierw powiesz nam co się stało.

* * *

-Co?
-Nie odzywaj się tak do mnie! Wiemy co się jutro stanie. Przez ciebie możemy stracić życie, a ty odzywasz się jak jakiś ostatni cham! Wcale bym się nie zdziwił gdybyś nim był.- i wuj zachichotał ze swojego dowcipu.
-Vernonie uspokuj się! A ty chłopcze masz nam powiedzieć dlaczego mamy jutro odgrywać tę szopkę, o której mówił ten stary wariat oraz dlaczego zepsuto nam przyjęcie.- ciotka Petunia wypowiedziała to pytanie bardzo szybko patrząc na Harry'ego jak na robaka.
-Co mam wam powiedzieć? Zostałem zaatakowany przez śmierciożercę i ..
-A kto to ten śmierciocośtam?- przerwał mu wuj.
-Śmierciożercy to słudzy Lorda Voldemorta- powiedział siląc się na spokój Harry.
-Tego bałwana, który nasłał na ciebie rok temu tych domen.. nie, demoncjatorów czy jakoś tak?- zawołał przerażony właściciel domu.
-To nie on nasłał dementorów- odpowiedział Harry. Ile jeszcze wytrzyma w spokoju?
-Ale to ten, który zabił ją i jego- spytała blada już ciotka Petunia.
-Taak- powiedział Harry przez zęby. Jego cierpliwość się kończyła.
-A co to były te niebieskie promienie, którymi walił w naszych gości tamten kretyn z bródką?
-Modyfikował im pamięć.
-A..
-DŁUGO JESZCZE BĘDZIECIE ZADAWAĆ TE GŁUPIE PYTANIA?! CZY MOŻE WRESZCIE BĘDĘ MÓGŁ ODPOWIEDZIEĆ NA COŚ SENSOWNEGO?!
-TAK!!- wuj krzyczał teraz prawie tak głośno jak Harry- Dlaczego jak Dudley dostał takim promieniem od tej kobiety, to zaczął wyć jakby go torturowali?!
-Bo go torturowali!- odkrzyknął Harry. Ale jednocześnie był zaskoczony. Dudley oberwał zaklęciem niewybaczalnym!- Bellatriks musiała go walnąć Cruciatusem.
-Cooo?- ciotka była teraz biała jak sufit nad nią.
-Zaraz, ty wiesz co to jest ten Cruciatus?- wuj o dziwo wymówił poprawnie nazwę zaklęcia.
-On gadał o tym tyle razy..
-Mój ojciec nie interesował się czarną magią- prychnął Harry.
-Nie mówię o twoim ojcu!- ciotka miała teraz bardzo wysoki głos- mówię o nim, o moim- tu przez jej twarz przebiegł obrzydliwy grymas- bracie.
-TY MASZ BRATA??- rykneli jednocześnie wuj Vernon i Harry.
-Ale ciocia..
-Nigdy mi nie mówiłaś..
-..przecież..
-..to ona miała być..
-..moja mama..
-..twoim jedynym..
-CICHO!- obaj mężczczyźni podskoczyli jakby ich prąd kopnął.
-Kiedy on wrócił z tej.. tej szkoły, na wakacje przyszedł ten stary dureń co tu był przed chwilą. Gadał ze dwa dni z moimi rodzicami, a potem zabrali go do jakiejś patologicznej rodziny sami- wiecie- kich, do której był podobny wyglądem, a nam zabroniono mówić, że miałyśmy brata.- ciotka Petunia mówiła to takim samym tonem jak pięć lat temu o swojej siostrze tyle, że znacznie szybciej. Po tej krótkiej przemowie, nikt w salonie nie był w stanie wypowiedzieć słowa. Dopiero po paru minutach Harry zdobył się na pytanie.
-Jak on się nazywał?
-Victor.. a na drugie.. nawet nie wiem czy miał chrzest. To był zły dzieciak!- słowo "zły" najprawdopodobniej zastępowało słowo czarodziej, ale nikt na to nie zwrócił uwagi.
Teraz zapadła cisza jeszcze dłuższa niż poprzednio. Stali tak z dziesięć minut po czym Harry zdobył się na:
-Przepraszam, ale muszę się spakować..- i wbiegł po schodach do swojego pokoju.

strzała nawigacji poprzedni kolejny


Powrót do strony "Fan Fiction"