Powrót do strony "Fan Fiction "

ŚWIĘTA LUCJUSZA

Siedział pochylony nad biurkiem. Było już strasznie późno, bo wszyscy jego koledzy pokładli się spać z dobrą godzinę temu. Za małym okienkiem tuż pod sufitem istniała tylko ciemność. Jedyne oświetlenie w pokoju stanowiła lampka naftowa na stole, przy którym się znajdował. Jeszcze chwilę temu dogasało w kominku, a cała sala wydawała się jakaś przytulniejsza. Teraz pozostał tylko chłód, który przeszywał chłopca do szpiku kości. Pewnie nie byłoby mu tak zimno, gdyby nie okrutne myśli snujące się po głowie. To właśnie one nie pozwalały mu pójść się położyć i zasnąć spokojnym snem. To przez nie kartka leżąca przed nim była zupełnie pusta. Jedynie na samej górze, w lewym rogu, drobniutkimi, pochyłymi literkami były wpisane dwa słowa "Dear Parents". Nie zdołał nawet postawić po tym zwrocie przecinka. Jakież to prozaiczne - pomyślał. Jeszcze rankiem był pewien, że poproszenie rodziców o zgodę przyjdzie mu z łatwością. Ot, kilka słów wyjaśniających sytuację i po kłopocie. W tej chwili, pochylając się nad pergaminem już drugą godzinę, nie był w stanie stwierdzić, czy w ogóle się odważy na taką prośbę. Był przecież ukochanym synkiem mamusi, przyszłym spadkobiercą fortuny i interesów ojca, jakże mógł ich zawieść w tak ważne Święto. Od sześciu lat, co roku wracał do domu na Boże Narodzenie, choć z pewnością wolałby zostać wraz z kolegami, a potem także ze swoją dziewczyną. Jednak zawieść rodziców, którzy czekają przez pół roku z utęsknieniem na swego jedynego potomka... To było dla niego stanowczo za wiele.
- Co piszesz? - spytał ktoś za jego plecami. Chłopak wzdrygnął się początkowo z zaskoczenia, potem z przerażenia. Szybko chwycił w dłoń kartkę i zgniótł ją, choć były na niej tylko dwa słowa. Czuł jednak, że przelał w nią tak wiele swoich wątpliwości, świstek w jego oczach aż kipiał od treści.
Wkładając papier do kieszeni odwrócił się powoli, by stanąć twarzą w twarz z jakimś trzecioklasistą. Dzieciak był wysoki jak na swój wiek i niezbyt przystojny. Zakrzywiony nos i czarne, wiecznie przetłuszczone włosy czyniły chłopczyka odpychającym. Jeśli dodało się do tego jego usposobienie i ziemistą cerę, nie trzeba było się dziwić, że brunet nie miał wielu przyjaciół.
- Co tam schowałeś Lucjuszu? - spytał swoim cichym głosem. Siódmoklasistę przeszedł dreszcz.
- Nie twoja sprawa, Snape. Wara mi stąd.
Jednak chłopiec wciąż stał przy biurku. Z przekrzywioną zabawnie główką przyglądał się Lucjuszowi przeszywającym spojrzeniem.
- Dlaczego tak wstydzisz się pisania listu do rodziców? - spytał po chwili brunet, uśmiechając się jakby ironicznie. - Ja nie piszę nigdy do mojej matki, ale wielu innych Ślizgonów utrzymuje kontakt z rodziną i nie robi z tego tajemnicy.
- Zabierz stąd ten swój długi nos. To nie jest twoja sprawa. W ogóle, po coś tu przylazł?
Snape jakby przez chwilę się zląkł, ale już sekundę później wstąpiła w niego jego dawna zadziorność. Lucjusz bał się tego wyrazu twarzy. Zazwyczaj ten trzecioklasista snuł się po korytarzach ze wzrokiem utkwionym w książce, do nikogo się nie odzywał i nigdy nie uśmiechał. Taka odmiana w chłopcu nie wróżyła nic dobrego.
- Czy wyjście do toalety jest grzechem? - cichy głos Snape'a denerwował Lucjusza. Odgarnął z twarzy swoje długie, cienkie włosy i zaczął się nimi bawić, jakby chcąc udowodnić młodszemu koledze, że jest tak wysoko postawioną personą, iż małe szczury w typie Severusa nie mają prawa nawet na niego patrzeć.
Lucjusz był niezmiernie popularny w Slyherinie. Jego niewątpliwa uroda, połączona z majątkiem i intelektem czyniła z niego obiekt zainteresowań dziewcząt w każdym wieku. Oglądały się za nim nawet nauczycielki. Zwłaszcza teraz, gdy już nie był dzieckiem, kiedy stał się mężczyzną, jego twarz pokryła się meszkiem zarostu, budził podziw wśród płci pięknej. Pozostawał jednak niewzruszony na westchnienia, spojrzenia i wyznania koleżanek. Od dwóch lat kochał bowiem całym sercem Narcyzę Black, prześliczną dziewczynę o kruchym zdrowiu. Gdy trzymał ją w objęciach, wydawało mu się czasem, że jest stworzona z porcelany i że jeden nieostrożny ruch może ją zniszczyć. Dlatego całował niezmiernie delikatnie, trzymał mocno pod rękę na spacerze. Pewnie dzięki takiej niezwykłej jego trosce dziewczyna ta zaczęła niedawno odwzajemniać jego uczucia. Pewnego dnia po prostu wzięła go na przechadzkę, jak to robili wielokrotnie wcześniej i wypowiedziała trzy magiczne słowa. I love you.
Ta sama kobieta prosiła go teraz, by został z nią na Święta. Przede wszystkim dlatego, że wtedy jest niewielu uczniów, a nauczyciele nie przykładają się do pilnowania pozostałych dzieciaków. Można sobie pozwalać na znacznie więcej niż w ciągu roku szkolnego bez obawy, że zostanie się odkrytym. Ten argument zapadł Lucjuszowi głęboko w serce i popchnął do pisania dzisiejszego listu. Był jednak drugi powód. Kuzyn Narcyzy, niejaki Syriusz odmówił powrotu do domu na Boże Narodzenie. Oprócz niego pozostawała jeszcze trójka jego przyjaciół. Bez nadzoru ze strony grona pedagogicznego mogli w ciągu Świąt wprowadzić do szkoły prawdziwy zamęt. W trosce o bezpieczeństwo ciotka Narcyzy poprosiła ją o pozostanie w zamku. Tak przedstawiała się cała sprawa, która kłopotała umysł Lucjusza. Dziś był praktycznie ostateczny termin napisania tego listu. Jutro po południu przyjeżdża Hogwart Express i zabiera uczniów do domów. Jeśli blondyn wyśle list przed świtem, w okolicach lunchu otrzyma odpowiedź. I wszystko się wyjaśni. Brzmiało to tak prosto, jednak okazało się niewykonalne. Z jednej strony wizja zawiedzionej Narcyzy, a z drugiej zrozpaczona matka i krzyki ojca. Chłopak znalazł się między młotem a kowadłem. Jeśli wyśle wiadomość i rodzina każe mu wrócić, wszyscy będą się gniewali. A ojciec znowu go uderzy. I to pewnie nie raz. Albo rzuci jakieś okropne zaklęcie w ramach kary za bunt przeciwko niemu.
Lucjusz otrząsnął się nagle, by wyrzucić ową myśl z umysłu i znów uprzytomnił sobie, że obok niego stoi mały Snape.
- Byłeś już w kiblu szczylu? - zawarczał kryjąc zawstydzenie.
- Tak. Zatrzymałem się na chwilę, bo wydajesz się być blady. - ten spokojny, ledwie słyszalny dźwięk wydobywający się z ust bruneta okropnie denerwował siódmoklasistę.
- Nie twoja sprawa! Wynoś mi się, już!
Snape posłusznie odszedł, oglądając się za siebie kilkakrotnie. W przypływie gniewu blondyn wyszarpał świstek z kieszeni, rozprostował go niedbale i zaczął szybko pisać:

"Mam do Was wielką prośbę. Wiem, że pewnie sprawi wam ona wiele przykrości i z góry za to przepraszam, ale musicie zrozumieć, że nie zawsze będę waszym małym chłopcem, że jestem już prawie dorosły i mam prawo podejmować samodzielnie decyzje. W tym roku pragnę zostać na Święta w zamku z dziewczyną i przyjaciółmi. To mój ostatni rok i chciałbym nacieszyć się nim jak najwięcej. Z góry dziękuję za wyrozumiałość
Wasz syn
Lucjusz"


Uff... Siódmoklasista odetchnął głęboko. W gruncie rzeczy to wcale nie było takie trudne. Przeczytał list kilkakrotnie, w końcu uznał, że nic więcej nie jest w stanie wymyślić i udał się do sowiarni.
Wszyscy już siedzieli przy stołach i śmiali się głośno. Panowała dość rozluźniona atmosfera, po południu nie miało już być żadnych lekcji. Uczniowie zajadali ciepłą zupę, jakże przydatną w tak mroźny dzień. Po suficie przetaczały się szare chmury, z których cicho prószył śnieg.
Ślizgoni rozmawiali o prezentach, które spodziewają się dostać i zjadali gorący posiłek. Tylko jeden siedział ponury i wpatrzony w talerz. Od wczoraj nic nie zjadł, jego gardło było zbyt zaciśnięte. Podniósł głowę i spojrzał na Snape'a grzebiącego z posępną miną łyżką w zupie. Brunet wpisał się na listę pozostających w Hogwarcie jako pierwszy. Z pewnością nie miał najlepszych układów w domu. Dowodem mogła być jego wczorajsza wypowiedź, słowa, które wymknęły mu się zupełnie przez przypadek: "Ja nie piszę nigdy do mojej matki..."
- Coś się stało? - spytała Narcyza, obejmując Lucjusza i przytulając swój szczupły policzek do jego skroni.
- Nic, kochanie. - skłamał siódmoklasista i wziął łyżkę do ręki. Zanurzył ją w cieczy i powoli zaczął unosić w stronę twarzy. Otworzył usta, ale zupa nigdy do nich nie wpadła. Łyżka z głośnym stukiem spadła na stół rozchlapując wkoło czerwoną strawę.
Tuż przed chłopakiem wylądowała jego sowa. Dorodny puchacz pohukiwał głośno, wskazując główką na wiadomość uwiązaną u jego nogi. Lucjusz drżącymi rękami odwiązywał karteczkę. W końcu supełek puścił i papierek wpadł mu do ręki. Sówka wzbiła się w powietrze zostawiając kilka piór w talerzach Ślizgonów.
Blondyn zamknął oczy i powoli zaczął rozwijać pergamin. Nie wytrzymał napięcia i podał zwitek Narcyzie.
- Przeczytaj. - zwrócił się do niej, jego głos praktycznie nie wydobywał się z gardła.
- Lucjuszu! - rozpoczęła dziewczyna. - Jest nam niezmiernie przykro, że nie będziesz nam towarzyszył w tak ważnych chwilach, jednak szanujemy twoją decyzję i dajemy Ci pełną zgodę na pozostanie na Gwiazdkę w Szkole. Jako rekompensatę spodziewamy się wyjątkowych prezentów.
Mama.

Chłopak odetchnął z ulgą. Obyło się bez krzyków, płaczu. Tak spokojnie, nawet się nie spodziewał...
Narcyza rzuciła mu się na szyję i zrobiła coś, co wprawiło wszystkich w zdumienie. Ta opanowana osoba po raz pierwszy pocałowała blondyna publicznie.
Siódmoklasista był niezwykle szczęśliwy, a jednocześnie zakłopotany. Nie zauważył więc, że na liściku poza równym pismem mamy znać ślady kropli wody. Być może była to łza.


Powrót do strony "Fan Fiction"