Powrót do strony "Fan Fiction "

Część: | I | II | III | IV | V | VI | VII |


Opowiadanie pt. "Moments"

autorka: Draconine
e-mail: draconine@o2.pl

Rozdział I - część I
Tonks


Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem i na sali zapanowała cisza. Grupa dzieci weszła powolnym, niepewnym krokiem do środka, prowadzona przez młodą kobietę w długiej sukni i ciasno upiętych włosach. Wszystkie oglądały się na boki zlęknionymi, wybałuszonymi oczami, chłonąc niezwykłość miejsca, w którym się znajdowały. Wpatrzone w nie setki twarzy peszyły i wprawiały w zakłopotanie, ale to i tak było niczym w porównaniu ze strachem przed nieznanym.
Kobieta pozostawiła ich pośrodku sali, udając się gdzieś na prawo, w kierunku niewielkich, zakamuflowanych drzwiczek. Dookoła rozległ się szmer, ale z nerwów żaden z nowoprzybyłych nie mógł wyłowić poszczególnych słów. Kobieta wróciła do nich niosąc trójnogi stołek w obu rękach. Postawiła go przed zgromadzonymi, po czym wyprostowała się z trudem. Następnie, z wielkim pietyzmem ułożyła na nim starą, podartą i wyświechtaną tiarę, jakby to była jakaś świętość. I w sumie nic by nie było dziwnego w tym wysłużonym nakryciu głowy, gdyby nagle nie przemówiło, a nawet zaśpiewało. Głos miało melodyjny i nie fałszowało mimo braku muzyki w tle. Zresztą ta muzyka tak naprawdę gdzieś tam była. Jeśliby się dobrze wsłuchać, poszczególne dźwięki niezidentyfikowanych instrumentów stawały się coraz wyraźniejsze i okalały słuchaczy, płynąc powoli i spokojnie ze wszystkich stron i łagodząc zdenerwowanie dzieci.
Gdy tiara skończyła swą pieśń, najstarszy człowiek na sali wstał z wolna, jakby z pewnym bólem, choć oczy jego przez cały czas uśmiechały się zza połówek okularów. Pogłaskał swoją siwą brodę i przemówił zachrypniętym głosem. Jego słowa były proste i zrozumiałe, łatwe do pojęcia nawet przez zblokowane paraliżującym strachem mózgi zgromadzonych.
Starzec skończył, wrócił do pozycji siedzącej i gestem zapraszającym do kontynuowania, oddał głos młodej kobiecie. Ta wyjęła znikąd różdżkę i wyczarowała jednym jej ruchem długi, poszarzały pergamin, z którego poczęła wyczytywać nazwiska dzieci w kolejności alfabetycznej. Każdy wymieniony podchodził do stolika, siadał na nim, wkładał tiarę na głowę i po krótkim okrzyku tejże, siadał przy jednym z czterech stołów.
Kobieta była w trakcie wyczytywania nazwisk na literę S, gdy jedno z dzieci wysunęło się do przodu poza kolejnością i podeszło niepewnie do niej. Na jego wyraźną prośbę schyliła się i wysłuchała, co miał jej do powiedzenia na ucho ten mały człowieczek. Pokiwała potwierdzająco głową i odesłała osobnika z powrotem do szeregu. Stał tam jeszcze przez krótką chwilę, bo zaraz padło jego nazwisko i udał się w stronę stołka.
Zasiadł na krzesełku po chwili męczenia się z jego wysokością, gdyż dzieciak był zdecydowanie niskiego wzrostu i wcisnął sobie tiarę na głowę. Opadła mu aż na nos, w związku z czym nikt z obecnych nie mógł zauważyć, jak mocno dziecko zaciska oczy i wargi, a także małe piąstki.
Czapka wykrzyknęła „Gryffindor!” i po sali przeszły gromkie brawa.
Istotka powoli zdjęła kapelusz z głowy i nagle zapanowała zupełna cisza. Wszyscy patrzyli się osłupiali w to maleństwo, które przed chwilą jeszcze było krotko obciętym blondwłosym chłopcem, a teraz z pewnością bardziej przypominało dziewczynę o długich rudych lokach.
- Miło nam powitać w murach naszej szkoły pierwszego od trzystu lat zmiennokształtnego! – wykrzyknął entuzjastycznie starzec siedzący pośrodku stołu na podium. Ktoś zaczął bić po cichu brawo, a za nim podążyła reszta. Zażenowane dziecko z rumieńcami na twarzy rzuciło się w stronę wyznaczonego mu miejsca, porywając ze sobą tiarę. Musiało wrócić się w połowie drogi, by ja odnieść, przewracając przy tym trójnogi stołek. Pędem wróciło do stołu Gryffindoru, trzykrotnie potykając się po drodze o własne nogi i ostatecznie lądując w rękach jakiegoś starszego chłopaka.
- Uważaj. – powiedział serdecznie, pomagając nowemu złapać równowagę. – Nie ma się już czego bać. Wszystko za tobą. Teraz czeka cię tylko dobra zabawa.
Dzieciak spojrzał na kolegę wielkimi, świdrującymi oczami i bez słowa zasiadł przy nim do kolacji. Oklaskiwał jeszcze kilkoro innych maluchów, którzy dołączyli do stołu, ale tak naprawdę jego uwaga skoncentrowała się tylko na jednej rzeczy. Albo lepiej rzec, osobie. Zerkając ukradkiem na wysokiego i szczupłego chłopaka, mającego około piętnaście lat, o czarnych oczach w ciemnej aureoli długich rzęs i prostych, hebanowych włosach zwieszających się swobodnie na szerokie ramiona, czerwienił się co chwila i odwracał głowę w drugą stronę. Już wiedział, że ta osoba, jego wybawiciel i obrońca zostanie jego Jedynym, kimś, kogo pokocha miłością prawdziwą i wzniosłą, kto stanie się jego ideałem.
- Co się gapisz synku? – spytał Black, wyraźnie zdenerwowany faktem, iż brzdąc wlepia w niego swoje paskudne, wielkie gały. – Nie widziałeś czarodzieja, czy jak?
Młokos pokiwał głową najpierw potwierdzająco, następnie przecząco i wciąż milczał. To było takie denerwujące.
- O co ci chodzi? Masz do mnie jakiś interes?
- Zakochał się. – palnął Potter wychylając się zza ramienia przyjaciela, by lepiej przyjrzeć się nowemu Gryfonowi.
- Sorki, dzieciak, ale ja nie z tych, no wiesz. Mnie kręcą laski. – zaśmiał się Black, zakładając za ucho kosmyk lśniących w świetle świec włosów.
- Tonks. – odparło stworzenie w odpowiedzi, uśmiechając się od ucha do ucha i pokazując wszystkim brak górnych trójek.
- I? – spytał Syriusz, unosząc jedną brew do góry.
- Daj spokój malcowi, i tak jest zestresowany. – wyrzekł swym melodyjnym głosem Lupin, nie odrywając oczu znad książki. W tym momencie przed nimi pojawiło się jedzenie. Black postanowił olać szczyla i zająć się czymś ważniejszym, na przykład uzupełnianiem niedoboru cukrów i lipidów w organizmie. Jego najlepszy przyjaciel dalej jednak przyglądał się rudowłosemu.
- Może on jest autystyczny, albo co? – dociekał, lustrując spojrzeniem dzieciaka. – Albo wszyscy zmiennokształtni są tacy dziwni. Co, młody?
- Nie wiem... – desperacko zapiszczał Gryfon i zarumienił się lekko. Z przypływu emocji jego włosy poskręcały się jeszcze mocniej i przybrały purpurowy odcień, a nos wydłużył nieco. – Ja po prostu... Nazywam się Tonks i miło mi was poznać... – wydukał prawie szepcząc.
- Ja jestem James, ten przystojniak to Syriusz, zza książki wystaje czupryna Remusa, a tam masz Petera.
Pozostali trzej chłopacy skinęli lekko głowami i powrócili do posiłku, w przypadku Lupina – do lektury. Widocznie uznali powitanie za dostateczne, a może po prostu nie zamierzali zadawać się ze szczeniakami, w każdym razie mały poczuł się za słabo zauważony i po chwili ciszy znów wyjąkał:
- Masz dziewczynę, Syriuszu?
Black o mało co nie udławił się ziemniakiem, Lupin chrząknął lekko, jakby coś utkwiło mu w gardle, a James wypluł przed siebie sok z dyni, obryzgując nim Petera.
- A co cię to tak interesuje? – dociekał Potter.
- Bo już wiem, że Syriusz będzie miłością mojego życia. – odparł dzieciak jakby pewniej.
- Już ci mówiłem, że nie interesują mnie chłopcy. – fuknął Black odwracając głowę w drugą stronę, by nie spotkać się z przeszywającym wzrokiem szczyla.
- To dobrze! – rozpromienił się Gryfon. – W takim wypadku mam jeszcze większe szanse! – dorzucił.
- Jak to? – zdziwili się chłopcy.
- No bo ja, Nymphadora Tonks, jestem dziewczyną! – wymawiając swoje imię mały ściszył głos do szeptu, ale i tak wzbudził swoimi słowami salwę śmiechu wśród starszych kolegów.
- Bujasz! – zarechotał James. Dziecko zacisnęło powieki, skupiło się mocno i na oczach zdziwionych huncwotów wyrosły mu całkiem pokaźne piersi.

strzała nawigacji poprzedni kolejny


Powrót do strony "Fan Fiction"