Powrót do strony "Fan Fiction "

Rok: | 1940 | 1941 | 1942 | 1943 | 1944 | 1945 |


"Dziennik Toma Riddle'a". Autorka: Asia

Część I - rok 1940


13 czerwca 1940

Tom RidleyJestem Tom Marvolo Riddle i od urodzenia mieszkam w sierocińcu- może powinienem napisać o sobie coś więcej na pierwszej stronie dziennika, który dostałem właśnie dzisiaj, na moje jedenaste urodziny, ale chyba nie byłoby to ciekawe: mama zmarła po moim urodzeniu, zdążyła tylko nadać mi imię, a ja wylądowałem tutaj...Tak, jak wspominałem, ta opowieść nie jest ciekawa. A dziś pani opiekunka przekazała mi pewien list, który okazał się być napisany właśnie przez mamę przed jej śmiercią. Siedzę teraz i nie mogę uwierzyć w to, co jest w nim napisane, nadal mając go przed sobą: "jesteś czarodziejem"!! Właśnie dlatego, że mama była czarownicą, tata ją zostawił- "Był mugolem". Mam nadzieję, że nie każdy, w którego żyłach również nie płynie czarodziejska krew jest tak podły jak mój ojciec. Ale zastanawia mnie jeszcze jedno: misja, którą podobno muszę wypełnić w Hogwarcie- szkoły magii i czarodziejstwa, i o której szczegółach mam dowiedzieć się w swoim czasie...

20 lipca 1940

Pani opiekunka powiedziała rano, że mam czekać o 15.00 pod gmachem sierocińca. Wyszedłem więc o ustalonej godzinie i wtedy zjawił się przede mną, nie wiadomo skąd, pewien mężczyzna z długimi, kasztanowymi włosami ubrany w ciemną szatę i szpiczastą tiarę. Domyśliłem się od razu, że to czarodziej. "Albus Dumbledore"- przedstawił się i wręczył mi kopertę- list z Hogwartu obwieszczający przyjęcie mnie do szkoły i przedstawiający listę rzeczy, które muszę posiadać jako uczeń. Byłem tak zdumiony, że nie wiedziałem nawet co powiedzieć. Albus Dumbledore to profesor uczący w Hogwarcie. Zdziwiłem się, gdy poprosiło o zbliżenie się do nędznej, zgniecionej puszki i położenie na niej ręki. Po chwili poczułem szarpnięcie gdzieś w okolicach pępka. Razem z profesorem lecieliśmy z zawrotną prędkością, wreszcie wylądowaliśmy twardo na ziemi. Dopiero gdy wstałem i otrzepałem się, zrozumiałem, że jestem zupełnie gdzie indziej niż przed paroma chwilami, a Dumbledore wyjaśnił, że to ulica Pokątna- miejsce, gdzie mogę kupić niezbędne rzeczy do szkoły. Najpierw poszliśmy do banku Gringotta, bo, jak się okazało, mama zostawiła mi w swej krypcie pieniądze-czarodziejskie pieniądze. Byłem w szoku. Dumbledore dał mi sakiewkę, a ja, zgodnie z poleceniem, napełniłem ją monetami z krypty. Za nie zakupiłem później szatę, podręczniki i cynowy kociołek, a potem poszedłem po różdżkę do sklepu Olivanderów. Po wielu propozycjach, pan Olivander sprzedał mi tę dla mnie odpowiednią- trzynaście i pół cala, cis i pióro feniksa. Do tej pory nie mogę się na nią napatrzeć! Tyle, że teraz, będąc z powrotem w sierocińcu, muszę bardzo uważać, by nikt jej nie zauważył. Żadne z dzieci tutaj, przecież, nie ma pojęcia o tym, że jestem czarodziejem i już od pierwszego września rozpocznę naukę w Hogwarcie. . No tak, jest tylko jeden problem- nie wiem, jak dostanę się na peron 9 i 3/4 na dworcu King's Cross, bo to właśnie jest polecone w bilecie, który Dumbledore wręczył mi po zakupach na Pokątnej...no nic, na razie przejrzę swoje podręczniki- muszę się czegoś nauczyć przed pójściem do szkoły.

ROK PIERWSZY

1 września 1940

Nie mogłem spać od piątej rano! Wstałem i zacząłem po raz setny sprawdzać, czy wszystko zapakowałem. Miałem jeszcze parę ładnych godzin i nie wiedziałem, co robić. Kręciłem się po pokoju, starając się nie obudzić tych, z którymi mieszkałem. Gdy, już przed dziewiątą, wszyscy szykowali się na śniadanie, pierwszy zszedłem na dół i szybko pochłonąłem swoją porcję. Pani opiekunka zawiadomiła mnie, że mam być gotowy wpół do dziesiątej. Wróciłem do swojego pokoju po kufer (po raz kolejny sprawdziłem, czy na pewno niczego nie zapomniałem). Pół godziny później siedziałem już w autobusie zmierzając na dworzec King's Cross. Tam pani opiekunka zostawiła mnie i nadszedł etap, którego najbardziej się bałem- szukanie peronu 9 3 . Na moje szczęście spotkałem jakąś dziewczynkę (wyraźnie czarownicę), która wyjaśniła mi, jak się tam dostać. Wbiegłem na barierkę między peronem 9 i 10 i moim oczom ukazał się Ekspres do Hogwartu , a napis na tabliczce zawieszonej obok torów głosił "peron dziewiąty i trzy czwarte" . Wsiadłem do pociągu i zacząłem szukać jakiegoś wolnego przedziału, ale takiego nie było, dołączyłem więc do trójki chłopaków w moim wieku. To był Robert Lestrange, Bill Malfoy i Sam Macnair. Świetnie się bawiliśmy przez całą podróż do Hogwartu. Zakolegowaliśmy się szybko. Chłopaki wyjaśnili mi, że każdy uczeń w Hogwarcie dostaje przydział do jednego z czterech domów : Gryffindoru, Huflepuffu, Ravenclawu lub Slytherinu (te nazwy to podobno nazwiska założycieli Hogwartu). Stwierdzili również zgodnie, że chcieliby być w Slytherinie. Gdy opowiedzieli mi o tym trochę więcej, podzieliłem ich zdanie. Było już ciemno, gdy dotarliśmy do celu. Zamek od razu przykuł wzrok wszystkich. Razem z resztą pierwszorocznych przepłynęliśmy łódkami ogromne jezioro. To, podobno, tradycja. Idąc przez błonia złapałem się na tym, że nie wiem, co się dzieje myśląc, że to sen i, że zaraz obudzę się z powrotem w sierocińcu. Z tego dziwnego stanu psychicznego ocknąłem się dopiero, gdy przekroczyliśmy mury Hogwartu i Albus Dumbledore, którego poznałem już wcześniej, zaczął wyjaśniać nam, że za chwilę odbędzie się Ceremonia Przydziału . Wprowadził nas do Wielkiej Sali. Oświetlały ją tysiące świec nad czterema podłużnymi stołami i piątym, gdzie, jak stwierdziłem, siedzieli nauczyciele, znajdującym się u szczytu. Profesor Dumbledore zaprowadził nas właśnie tam, kazał ustawić się w szeregu i postawił przed nami stołek, gdzie znajdowała się stara, zniszczona nieco tiara. To ona, rok w rok, dokonuje selekcji uczniów, gdy tylko ci włożą ją na głowę. Profesor Dumbledore zaczął wyczytywać po kolei nazwiska uczniów. Bill, Robert i Sam zostali przydzieleni do Slytherinu. Kilka osób trafiło do Gryffindoru, kilka do Huflepuffu i Ravenclawu. Wreszcie nadeszła pora na mnie, usiadłem na stołku i zaraz poczułem, że założono mi tiarę. Byłem w stanie głębokiego szoku, gdy usłyszałem w uchu jej głos: "Nie będę nawet zastanawiać się nad dziedzicem..." i w tym momencie wykrzyknęła, zwyczajowo, już na całą salę: "Slytherin!". Tak, siedzę teraz w dormitorium Ślizgonów i nadal zastawiam się nad tym...ale nic nie przytłumi mojej radości! Zacząłem nowe życie, z dala od szarej rzeczywistości sierocińca!

2 września 1940

Pierwszy dzień szkoły był bardzo przyjemny, choć nie łatwy- trudno, na przykład, trafić do odpowiedniej sali, gdy schody nagle zaczynają się ruszać i prowadzić zupełnie gdzie indziej. Jeśli chodzi o lekcje, w Hogwarcie nie ma przedmiotów takich, jak w zwykłych szkołach. Stwierdziłem, że mnie najbardziej podobają się eliksiry. Zaklęcia też są fajne, udało mi się nawet zastosować dobrze pierwsze- Wingardium Leviosa, i zmusić w związku z tym moje pióro do lotu. Ciągle wyrywałem się do odpowiedzi, bo przeczytałem wszystkie podręczniki jeszcze w sierocińcu. Wygląda na to, że wyrobiłem sobie opinię "kujona"! Ale cały dzień zastanawiałem się tylko nad jednym- dziedzicem Slytherina...

5 września 1940

Szybko zaczęło rzucać się w oczy, że cały teoretyczny materiał jest przeze mnie opanowany. Nauczyciele chyba mnie polubili...zarobiłem już sporo punktów za udzielanie odpowiedzi. Tylko jedna osoba sprawia wrażenie, jakby nie darzyła mnie szczególną sympatią - Dumbledore. Uczy nas transmutacji. Nie to, że jest dla mnie nie miły...po prostu odnosi się do mnie zupełnie inaczej niż reszta nauczycieli.

18 grudnia 1940

Na drzwiach dormitorium zawisła kartka z listą uczniów, którzy zostają w Hogwarcie na święta. Wpisałem się na nią pierwszy- nie chcę wracać do sierocińca! Na szczęście okazało się, że Sam, Robert i Bill też zostają. Bardzo się cieszę! W każdym razie, gdy tylko rozległ się dzwonek, kończący ostatnią przed feriami lekcję , ku zdziwieniu Billa, Sama i Roberta, poszedłem do biblioteki. Nie wiedzieli, że po to, by poszukać czegoś o Salazarze Slytherinie. Przeczytałem, że pokłócił się on z resztą założycieli Hogwartu, bo nie chciał pozwolić, by w szkole uczyły się dzieci mugoli. To jednak nie była pełna odpowiedź na moje pytanie- kim ma być dziedzic Slytherina, skoro wspomniała o nim nawet tiara przydziału? Może nikim istotnym....ale mam jakieś dziwne przeczucie...jedno jest jednak pewne- wizyta w bibliotece nie poszła na marne. Biorąc pod uwagę to, co zrobił mój ojciec, przekonałem się, że Slytherin miał rację!

25 grudnia 1940

Święta w Hogwarcie są naprawdę wspaniałe! Jest dużo czasu wolnego, możemy grać spokojnie w eksplodującego durnia, szachy...poza tym- nigdy wcześniej nie miałem prawdziwych świąt, nie zaznałem takiej "rodzinnej" atmosfery, a już tym bardziej nie liczyłem na żadne gwiazdkowe prezenty. Tutaj poznaje normalne życie, którego wcześniej nie miałem. Natomiast moje poszukiwania informacji o Slytherinie stanęły w miejscu! Być może znalazłbym coś w dziale Ksiąg Zakazanych, ale nie mogę tam wchodzić.

strzała nawigacji poprzedni kolejny


Powrót do strony "Fan Fiction"