Powrót do strony "Fan Fiction "

„Początek Końca”
z pamiętnika Dumbledore’a.
Autorka: Agisza, e-mail: agisza@vp.pl.


-Świat jest niesprawiedliwy. – myśli Draco Malfoy.
Draco jedzie na święta bożonarodzeniowe do domu, w bardzo złym nastroju. Nie bardzo wie, co czuje. Wściekłość, żal i zawód to najbliższe określenia tego stanu. Mróz maluje dziwne kształty na szybach ekspresu do Londynu.
-Pociąg pełen dzieci. – myśli Draco. – A jaka dziwna cisza.
Draco nie wie jak, zdoła cieszyć się z powrotu do domu wiedząc, że jego wróg, prawda, że tylko szkolny wróg, ale jednak, już nigdy nie wróci do domu na żadne święta, ani do szkoły.
W białą, zimową noc cisza zalega nad starym zamkiem. Święta.
Są Święta. Piękny księżyc posrebrzył zwały śniegu na błoniach. Noc jest smutną, białą damą. Sowy. Ich odwieczne, nocne pościgi za zdobyczą. Sowy robią pętle wokół jasnego księżyca, potem wracają do ciepłej sowiarni.
Zimno.
Ogień już przygasa…
Czekanie. Jakie dziwne jest czekanie. Na następny wschód słońca nad czarodziejską doliną, jeziorem i zamkiem, przybranymi srebrnym puchem. Wschód słońca, złuda.
Zimno.
Ogień już przygasa…
Najgorsze święto, jakie widziały te mury. Bal się nie odbył, tego roku. Niby nikt go nie odwoływał, ale…ale nikt nie przyszedł. Nikt z tych, którzy zostali nie chciał oglądać tegorocznych barw wiszących w Wielkiej Sali. Czarnych.
Ogień już przygasa…
Tego roku Remus miał znów zacząć uczyć. Ale nie zacznie. Odmówił. Rozumiem go. Chata, w której się ukrywają od kilku dni, ciągle zmienia miejsce. Bo jest tam też, albo był – Syriusz. Od kilku dni nie mam o nich wieści. Kazałem przestać ich szukać, kiedy będą chcieli się z nami skontaktować sami się odezwą.
Tego roku Hermiona Granger nie przyjedzie na ferie świąteczne. Została w domu z rodziną. Uznałem, że tak będzie najlepiej dla niej. Jej ojciec był bardzo roztrzęsiony, ale próbował zachować się przy niej spokojnie.
Ron też, wyjechał, na święta i ferie zostanie z rodziną. Nie będzie im łatwo świętować w jego towarzystwie. Ginny nie chciała jechać. Uciekła. Ciągle jest w szoku. Ona i Ron czasem zostawali na ferie w szkole. Teraz nie mają już, po co.
Nie wiem gdzie jest Minerwa. Chyba za granicą. Mówiła coś o odwiedzeniu przyjaciółki, z Francji, ze szkolnych lat. Poleciała dzień przed świętami. Nie wiem czy wróci, może już nie.
Zresztą teraz nie będzie już nowych uczniów. Nie będzie pierwszorocznych, których wicedyrektor będzie wprowadzał do Sali na Ceremonię Przydziału. Szkoła działa dla tych, którzy są, ale nikt nie zechce wysyłać tu dzieci. Teraz wolno przecież, uczyć tylko jednego rodzaju magii. Oczywiście, że nie robimy tylko tego, co nam wolno. Nowi raczej nie przyjdą, bo większość rodzin zbojkotowała taką szkołę. Jedni wyślą dzieci w bezpieczniejsze miejsca, bo się o nie boją, a inni wyślą je do prawomyślnych, czystych, nie zbuntowanych szkół.
Knot ponoć uciekł i ukrywa się wśród mugoli. Przynajmniej wiem gdzie jest Hagrid. Od pięciu dni, konkretnie od rana 21-go nie wychodzi z Dziurawego Kotła. I nie będę mu przeszkadzał. Kiedy będzie chciał, to wróci.
Widziałem centaury i jednorożce. Często, wieczorem i rano przychodzą pod zamek. Jakby chcieli się przywitać, albo mnie pocieszyć. Raz wyszedłem do nich. To był Firenzo, ale tylko przechadzaliśmy się razem. Nie mówiliśmy wiele. On trochę wspomniał, ale ja nie czułem się dość pewnie, żeby się odezwać. Żeby wspominać.
Nie chciałem się przy nim rozpłakać.
Pod ścianą lasu stoją po dwa, albo po trzy jednorożce. Tak jest czasami. Są głodne i zmarznięte. Jakby chciały mi powiedzieć, że ciągle tu są.
Voldemort przestał istnieć. Pojedynkowali się i Voldemort przegrał. Zabili go. Razem. We Troje. Przegrał, ale pozostawił swoje sługi na stanowiskach w ministerstwie. Zwolenników czystości krwi. Którzy nasłali na nas dementorów. I smoki. Oni jednak nie obchodzą mnie teraz.
Na razie, ci nowi władcy Brytanii zostawiają mnie w spokoju. Jeśli jednak zorientują się, że wszyscy odeszli, mogą chcieć mnie załatwić, albo w najlepszym – wywalić z roboty. I tak mało brakuje mi do emerytury.
Jeśli jednak będę musiał się wyprowadzić, to, no cóż, to będzie najgorsze. Nie strata pracy, ale domu. Od tak dawna tam mieszkałem. Nie mam pojęcia, gdzie mógłbym się przeprowadzić. Moi przyjaciele Flamelowie zmarli ubiegłej jesieni.
A wątpię czy ministerstwo da mi jakieś mieszkanie. Nie ma, o co się martwić, coś sobie znajdę. Mam pieniądze, może coś kupię. Ale gdzieś daleko stąd.
Cóż, i tak nie zostało tu już wiele pracy.
Po ostatniej, zwycięskiej bitwie nie zostało wiele do odbudowania. Ale między innymi Wieża Gryffindoru jakoś ocalała. Wspólnie, ze skrzatami i Filchem naprawiliśmy i odbudowaliśmy, co się dało. Dobrze, że do świąt uwinęliśmy się z tym.
Na świątecznej kolacji był Snape, nadal ma dwie niewielkie blizny po oparzeniu smoczym ogniem na rękach. Nigdy mu nie zapomnę, jak rzucił się na jednego smoka, broniąc ich, dzieci, całego naszego Trio. Były też, wszystkie duchy i Flitwick. Flitwick postanowił, jak zwykle zapalić lampki na choinkach, chociaż choinki, bombki i lampki nie bardzo pasowały do czarnych draperii. Powiedział, że chce je zapalić. Zgodziłem się. Były piękne, chyba jego najlepsze.
Iryt też był, ale nie latał po całym zamku, jak zwykle, tylko całą kolację przesiedział pod stołem. Dziwne jak na niego zachowanie. Pani Pomfrey miała dość dużo pracy z rannymi uczniami. Ale przyszła na kolację, rozczochrana i z zaczerwienionymi oczami. Snape chciał jej zwrócić uwagę, ale go uciszyłem.
I najgorsze, że tego wieczoru chciałem wysłać zaproszenie na kolację do Vector, Trelawney i Sprout, ale przypomniałem sobie, że je zamknęli w Azkabanie. To była ciężka godzina. Zdawało mi się, że tracę rozum i pamięć.
Przez ostatnie kilka dni niewiele rzeczy chciałem pamiętać. Kiedy zajmowaliśmy się odbudową zamku było dobrze, bo każdy znał swoje zadanie, nie trzeba było myśleć, ani wspominać, nie było na to czasu, tylko robiliśmy co było trzeba.
Po bitwie, jeszcze tego samego dnia 19-go, odesłałem go do domu. Nie chciał mnie zostawić. Ale ja stanowczo kazałem mu jechać. Po raz pierwszy odkąd przyszedł do tej szkoły wydałem mu prawdziwy rozkaz. Trochę pomruczał, ale pojechał. Widziałem, jaki był zmęczony. Po walce. Mimo obaw o szkołę, był zachwycony zwycięstwem. Wiedziałem, że po końcu Voldemorta, nowa klika i jej dementorzy nie karzą na siebie zbyt długo czekać. Nie chciałem, żeby go tu zastali.
Gdybym go wysłał do Weasleyów! Ach, gdybym!
Zostawił Hedwigę. I tak nie było z niej pożytku u Dursleyów. „Tylko im będzie przeszkadzać.” – powiedział. Gdyby ją zabrał! Gdyby! Nocą 20-go – Hedwiga była niespokojna, bardziej niż zwykle, kiedy żadnego z ludzi, których zapach znała nie było w pobliżu.
Dursleyowie wyprowadzili się jakieś dwa miesiące przed świętami. Zostawili adres u nowego właściciela. Miło z ich strony.
Ale nie miał dość mugolskich pieniędzy na pociąg, więc pojechał stopem. Ciężarówką.
To była pobliska miejscowość. Miejscowość w hrabstwie Surrey.
To było 20-go grudnia.
Była noc. Było ślisko.
O Boże! Gdybym go do Weasleyów, albo do Grangerów wysłał!
Kierowca przeżył. Powiedział policji, że wpadł w poślizg i wywalił całą przyczepę. Samochód przewrócił się. Obaj wpadli na drogę. Przez szybę. Ranni, ale żywi.
Przyjechała karetka. Zabrała ich, ale nie zdążyła dojechać do szpitala. Kierowca leży jeszcze w szpitalu. Opisał wszystko policji. Płakał, kiedy opisywał, co się działo w karetce. Robili wszystko, co się dało.
Znaleźli przy nim adresy Dursleyów i Grangerów. Policja zawiadomiła Dursleyów i państwo Granger. Rano 21-go przyszli do ich domu pod Londynem. Rodzice Hermiona zaraz pojechali do Weasleyów. Oboje, Molly i Artur byli w domu, bo Artur nie pracuje już w ministerstwie. Grangerowie, Artur i Molly przyjechali do szkoły po południu 21-go.
Artur na długie dwie godziny zamknął się z Ronem w moim gabinecie. Kochana Poppy Pomfrey i Molly były cały czas przy dziewczętach. W tym czasie Grangerowie obiecali, że zajmą się pogrzebem. Nie chciałem się zgodzić.
Ale tylko oni wiedzieli, co trzeba zrobić, żeby przywieźli go tutaj.
I potem Ron, Hermiona i Ginny pojechali z nimi do domów.
Na Święta.
Wypadek. Wypadek samochodowy, jakie to dziwne. Czasem myślałem, jak to się stanie, ale tego bym nie podejrzewał. Tyle bitew, tylu wrogów. Wypadek. Poślizg.
Ogień już dogasa…
Nie mogę jeszcze uwierzyć, że jestem ostatnim dyrektorem Szkoły.
Ogień już dogasa…
Mam nadzieję, że po świętach wszyscy, którzy przeżyli bitwę wrócą, a wtedy, kiedy znów będziemy razem, będziemy bezpieczniejsi. Silniejsi. Nauczyciele i uczniowie wrócą.
Na pewno.
Zimno. Mimo to nie mam siły by wstać, machnąć różdżką i rozpalić ogień.
Ponownie.
Bez ciebie, jestem tylko starym człowiekiem. I nie mam sił.
Wróć do nas.
A skoro nie możesz, spraw, by oni wrócili.
Natchnij ich odwagą, aby wrócili wszyscy. By nie zostawili mnie samego w tej zimnej ruinie.
Pomóż mi.
Pomóż nam.
Jeszcze raz.
Proszę cię, Harry.


Powrót do strony "Fan Fiction"