Powrót do strony "Fan Fiction "

Część: | 1 |


Harry Potter i Pochodnia Zielonych Płomieni

Rozdział 1

Niespodziewany Najazd i Nowy Nauczyciel

Był wieczór. Słońce już schowało się za linią domów w Little Whinging. Jego poświata jeszcze tliła się, - ale już, nie na długo.
Kruczo-włosy chłopiec siedział na parapecie w swojej sypialni czytając kartki urodzinowe, jedząc tort i oglądając prezenty od przyjaciół. Miło mu było, że mimo wszystko - ktoś jeszcze o nim pamiętał.
Harry pomyślał o swojej rodzinie. Musiał mieszkać z ciotką, wujem i ich okropnym synem Dudleyem przez całe lato. Byli Mugolami, a celem ich życia jest wytępienie osób ściśle związanych z magią co do głowy. Wprawdzie wiedział, że był w miarę bezpieczny, dokąd nazywał Privet Drive numer 4 swoim domem, ale naprawdę; to już jest przesada! Przez cały miesiąc Dursleyowie unikali go jak ognia (Harry się tym specjalnie nie przejmował, dopóki nie zaczęli jeść osobno), prawie ani razu nie popatrzyli nawet na drzwi Harrego (nie mówiąc już o jego sprzątaniu), używali osobnej łazienki i (mało tego) już nie krzyczeli na niego tak jak dawniej. Poza tym złapał grypę od Dudley, a ciotka nie chciała mu dać ani łyżki syropu czy lekarstw. Ale to nic... Trudno...
- Cześć Hedwigo - powiedział smutno, gdy jego śnieżna sowa przyleciała się pochwalić dorodną myszą, którą trzymała za ogon.
Głaszcząc ją po głowie czytał: 'Najlepsze życzenia dla Ciebie, ode Mnie' napisane fabrycznie, a pod tym pismo Hermiony:

'Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze Harry i co sobie jeszcze wymarzysz oraz szybkiego powrotu do zdrowia! Przesyłam Ci trochę leków mojej mamy (tak na wszelki wypadek). Szkoda, że nie możesz do nas przylecieć. Chociaż za każdym razem, gdy Dumbledore przychodzi, pani Weasley wręcz błaga go, żeby Ci pozwolił, ale on nic, tylko powtarza, że przyjdzie na to czas! A kiedy spytałam się, dlaczego, odpowiedział, że ty najlepiej wiesz, dlaczego. Więc Harry, czekamy na wieści i do prędkiego zobaczenia
Hermiona.'


- Tak - powiedział Harry odkładając kartkę od przyjaciółki. - Co ja bym dał za bycie z wami... Nie Hedwigo, jutro napiszę odpowiedź jestem zbyt zmęczony. Nie proś mnie. Nic ci to nie da!
Sowa skakała mu na kolanach wystawiając nóżkę jakby w oczekiwaniu na zaczepienie listu. Jednak po słowach Harrego naburmuszyła się, ale została na miejscu.
Tak, ile ja bym dał... myślał Harry, być w Londynie... cieszyć się, śmiać z Ronem, Hermioooną (tu ziewnął) i resztą... wiedzieć o wszystkim co się tam dzieje... ćwiczyć zwody, na swojej błyskawicy... być w domu przesyconym magią z czarodziejami i czarownicami... wreszcie pojechać do Hogwartu... uczyć się Obrony przed Czarną Magią... odwiedzać Hagrida... grać w Quidditch... w Quidditch... w...- Z takimi myślami Harry Potter - Chłopiec, który Przeżył odpłynął w błogi sen.

***

Dzwonek, krzyk, głosy, zaklęcia, czary i -
Harry poderwał się zrzucając śpiącą Hedwigę z kolan. Huknęła na niego ze złością i poleciała na biurko.
Kroki. Ktoś szedł na górę... głosy... nie, głos - Lucjusza Malfoya odbijał się po cichym korytarzu...
Nie myśląc wiele Harry wskoczył na miotłę i złapał różdżkę.
- Hedwigo - wydyszał - Grimmauld Place! Do Rona, do Hermiony, błagam! - odbił się mocno od parapetu i poszybował w ciemny jeszcze poranek.
Oglądnął się za siebie. Kilka ciemnych figur poruszało się w jego sypialni. Zdążył w samą porę, bo gdyby nie...
- Szybciej Hedwigo, proszę - krzyknął do sowy lecącej tuż przed nim - Wyżej, bo nas ktoś zobaczy!
Znoszeni przez wiatr, przebili się przez chmury. Po kilku minutach Hedwiga obniżyła lot i wpadli prosto w szarą, mglistą otchłań unoszącą się nad ciemnym Londynem. Pędzili nad domami szukając właściwego adresu. Harry raz po raz tracił Hedwigę z oczu. Ale już chwilę później pojawiała się tuż obok niego.
Harry popatrzył się za odlatującą w bok sową i w ostatniej chwili udało mu się wyhamować przed drzwiami domu numer 12. Nie zsiadając z miotły zadzwonił. Nic. Po chwili zadzwonił znów. Serce zabiło mu mocniej i poczuł jak żołądek podchodzi mu pod gardło. Znów nic. Już miał odlecieć. Kiedy drzwi skrzypnęły, uchyliły się, a w szparze, którą uczyniły ukazało się czyjeś oko.
Harry pchnął mocno wrota i nie zważając na sparaliżowaną ze zdziwienia postać, wpadł do kuchni.
- Remusie - powiedział trudno łapiąc powietrze. Rozglądnął się, ujrzał Dumbledora i zdejmując kaptur podleciał do niego - Profe-
Brzdęk! Tonks spadła z krzesła, pan Weasley zamiast wzniecić ogień w kominku, podpalił sobie szaty, a Severus Snape zakrztusił się herbatą.
- H - H - Harry - wyjąkała Minerva McGonagall upuszczając ciastka, które niosła na stół.
- Co się stało, Potter? - zagrzmiał tubalnie Moody podnosząc się, żeby pomóc panu Weasleyowi.
- Śmierciożercy - wydyszał - Śmierciożercy - chyba z dwudziestu - na Privet Drive - uciekłem, ale nie wiem - nie wiem co z Dursleyami...
- Harry - jęknęła pani Weasley - To niemożliwe. To...
- Tego się obawiałem - stwierdził ostro Dumbledore wstając. Wszyscy umilkli. - Alastorze. Remusie. Czy możecie zobaczyć co się obecnie dzieje z rodziną Harrego?
- Oczywiście.
- Już, idziemy - znikli.
- Voldemort, Harry - kontynuował dyrektor - za wszelką cenę nie chce dopuścić, żebyś wrócił do szkoły. - przerwał na chwilę, ale po chwili dodał - Rozmawiałem z Ministrem Magii. Dał ci pozwolenie na używanie magii poza szkołą, o czym nikt poza nami nie wie. Dlatego -
- Ale dyrektorze. - przerwał mu niespodziewanie Snape - Dlaczego pan Potter, ma być znów wyróżniony spośród innych uczniów?
- Już ci odpowiadam, Severusie - odparł chłodno profesor - Harry będzie miał możliwość obrony, gdy nadejdzie taka potrzeba co, jak widzę z lat poprzednich znakomicie mu wychodzi.
Zapadła chwila milczenia, w której wszyscy niemo patrzyli się po sobie. Harry zeskoczył z miotły, podniósł ciastka McGonagall i położył je na blacie kuchennym.
- Myślę - zaczął powoli Dumbledore - że jest to najodpowiedniejsza chwila, żeby wprowadzić pewne zmiany w naszej tajnej organizacji.
Powstał szmer zaciekawienia wśród obecnych, a Dumbledore przybrał bardzo łobuzerski wyraz twarzy.
- Do członków Zakonu Feniksa - powiedział uroczyście - dołączą: młodzi Weasleyowie (hehe, będziemy mieli komplet), panna Granger i - tu przerwał na chwilę - pan Potter. Będą oni zarówno uczestniczyć w obradach i spotkaniach, jak i w misjach, które myślę, że niebawem dostaną.
- Ależ Albusie -jęknęła McGonagall- to przecież-
- Po akcji, jaką zorganizowali dwa miesiące temu nie uważałbym ich już za dzieci, Minervo.
- Ron, Hermiona, Harry - dobrze -stwierdziła pani Weasley - ale Ginny odpada. Ona-
- Molly - skarcił ją mąż - Ginny jest prawie w wieku Rona i uważam, że ma prawo do nas dołączyć.
- Ale - znów zaczęła słabo - no dobrze. Zgadzam się. - stwierdziła bez przekonania, gdy pan Weasley obrzucił ją morderczym spojrzeniem. - Ale będą przeszkadzać, pytać i oczekiwać nie wiadomo czego...
- Molly, kochanie - syknął jej mąż - to już nie są dzieci! Zrozum to wreszcie! Ginny też już spoważniała. Naprawdę. Można im zaufać.
- Harry - przerwał im Dumbledore - Moody i Remus chyba już wrócili. O, już są. Dobrze. Pójdź proszę, na górę. Jak inni się obudzą przyjdźcie razem na śniadanie.
Harry kiwnął głową i wyszedł z kuchni.
Idąc cichymi, ciemnymi schodami, słuchał jak krople deszczu bębniły w szyby, jak wiatr stukał o rynny, rozmyślając o tym, co właśnie usłyszał.
Bardzo ciekaw był jak mogą pomóc Zakonowi. Przecież dorośli czarodzieje lepiej posługują się magią, czarami... Lepiej zdobędą informacje, potrzebne Dumbledorowi, niż garstka dzieciaków... Lepiej się obronią... Ale nie, profesor wyraźnie powiedział, że to on, Harry najlepiej się broni... Ale co z tego? Przecież broniąc się niczego nie zdobędzie. Najwyżej może obronić kogoś, ale przecież inni też to potrafią i nie chcą jego pomocy. Chociaż... Ron, Hermiona i Ginny chcieli, żeby Harry ich uczył obrony... Ale - to tylko dlatego, że Umbridge była nie do zniesienia... Nic poza tym. Musiał jednak przyznać, że podobała mu się funkcja nauczyciela i to takiego!
Może będą chcieli, żebym im dalej pomagał - myślał z nadzieją Harry siadając na swoim łóżku, tak, to by było w sam raz. Ciekawe jakie 'funkcje' przydzieli im dyrektor. Może śledzenie, szukanie, chowanie, albo przekazywanie informacji... To musi być coś skromnego, łatwego, ale nie bez znaczenia. Misje są zbyt odpowiedzialnym przedsięwzięciem, żeby powierzać to im. Pani Weasley miała rację. Nie nadają się. Ron będzie sobie wyobrażał niebezpieczne napady lub ucieczki, Hermiona całonocne 'brodzenie' w zakazanych księgach, a Ginny pewnie wyprawy do Zakazanego Lasu i walkę z dzikimi trollami. Ale i tak; każdy czarodziej, którego spotkają, może sobie zaglądnąć do ich umysłów i zdobyć potrzebne mu informacje. Jedynie Ocllumency może temu zapobiec. Musi się jej nauczyć... Nie, oni wszyscy muszą się jej nauczyć. Ale koszmarne, dodatkowe lekcje ze Snapem doprowadzą go do szału! A może, nauczyliby się jej sami... Hermiona poczytałaby o tym, oni przygotowali materiały... Jest ich akurat do pary... Wszystko pasuje... Czemu wcześniej o tym nie pomyślał?... Nie uległby Voldemortowi i...
- Harry - doszedł go cichy głos gdzieś z okolic drzwi.
Harry poderwał się i zobaczył dyrektora idącego w jego kierunku.
- Harry - powtórzył - wiesz czemu możesz używać magii poza szkołą?
- Na pewno nie dla możliwości obrony w skrajnych przypadkach - uśmiechnął się Harry.
Przeczuwał, że Dumbledore coś ukrywał. Coś, co teraz chce mu powiedzieć. Na pewno coś ważnego, inaczej powiedziałby to w kuchni przy wszystkich i nie trudziłby się przychodząc do niego.
- Tak - z kolei Dumbledore się uśmiechnął - A wiesz? Pomysł z uczeniem przyjaciół jest bardzo trafny. W zeszłym roku szkolnym, panna Granger wymyśliła nie byle jaką organizację. Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać. Zerknąłem na twoje myśli. Wiesz, trudu wiele nie było z dostaniem się tu. - znów się uśmiechnął łobuzersko.
Harry odwzajemnił uśmiech, jak zwykle przebaczając profesorowi. Widział, że było to konieczne. - Jak już mówiłem, pomysł Hermiony był bardzo trafny. Teraz jednak, chcę go trochę udoskonalić i zrobić całkowicie jawnym.
- Jawnym - zdziwił się Harry - to znaczy, że każdy Śmierciożerca będzie o nim wiedział?
- Całkowicie - oczy dyrektora błyszczały dziwnie.
- Ale Ministerstwo się sprzeciwi i to będzie koniec spotkań!
- Nie, jeśli będzie to legalny przedmiot i będzie miał całkowicie legalnego nauczyciela. - popatrzył się niepewnie na chłopca. Po chwili jednak rzekł - Tym przedmiotem jest Obrona przed Czarną Magią, Harry I to ty będziesz jej uczył. I nikt inny tylko ty.
Harry patrzył się niemo na dyrektora.
On, Harry Potter Chłopiec, który Przeżył ma zostać nauczycielem mając zaledwie 16 lat? Byłby najmłodszy w dziejach... Ale on nie chce być bardziej sławny niż jest obecnie. Po co mu to... Ale z drugiej strony, będzie mógł nauczyć się Ocllumency z książek z Zakazanego Działu. Ale...
- Nie - powiedział niespodziewanie - nie chcę być nauczycielem. Chcę być normalnym uczniem. Chodzić na zajęcia z Ronem i Hermioną, mieć kary , odejmowane i dodawane punkty i-
- Harry - próbował zagłuszyć go Dumbledore - Harry! Będziesz prowadził normalne życie ucznia, z tą tylko różnicą, że będziesz miał wplecione między swoje zajęcia, zajęcia z Obrony przed Czarną Magią! Harry, ty umiesz to lepiej niż wszyscy członkowie Zakonu razem wzięci. To jest w tobie. Voldemort, dając ci cząstkę siebie, dał ci też swoje moce, umiejętności trochę charakteru. Nieświadomie stworzył swoją kopię, ukształtował cię na wzór siebie. Rozmawiasz z wężami bo on z nimi rozmawia. Masz bardzo wybuchowy temperament, ponieważ on ma taki. Czujesz kiedy się złości, kiedy jest zadowolony, kiedy - morduje. Nikt, przez całe życie nie jest w stanie dokonać tego, czego ty dokonałeś przez zaledwie, 16 lat. To właśnie przy tobie, wszyscy czują się najbezpieczniej, Harry.
- Nie - wymamrotał Harry trochę zmieszany słowami dyrektora - Oni się mnie boją. Odchodzą kiedy przychodzę, szepczą za plecami, uważają za żądnego sławy, wyśmiewają...
- Teraz mówisz tylko o Ślizgonach. Ale pomyśl. Ile osób przyszło kilka miesięcy temu do Świńskiego Ryja, żeby poprosić cię o udzielanie lekcji? Harry. Taka okazja nie trafia się zbyt często. Zastanów się, proszę. Daję ci czas do wieczora, do naszego spotkania.
Skierował się do wyjścia, ale odwrócił się jeszcze w drzwiach.
- Harry chciałbym, żebyś nikomu nie wspominał o mojej propozycji. - powiedział poważnie - Jeśli już, to mają dowiedzieć się, podczas twojej pierwszej lekcji.
Odszedł, zostawiając Harrego ze sprzecznymi myślami.
Ja nauczycielem myślał opadając ciężko na łóżko, to głupie. Przecież ja nie umiem uczyć. Członkowie 'Armii Dumbledora' mieli tylko mnie i Umbridge do wyboru. Oni wybrali mnie i mówili, że jestem świetny tylko dlatego, że nie chcieli, żebym ich zostawił...
- Nie... - odezwał się cichy głosik, dochodzący gdzieś z tyłu jego głowy.
- Nie. - powtórzył szeptem, jak echo Harry - Nie zawiodę profesora. Chciał, żebym był nauczycielem - to będę nauczycielem! Zawsze będzie tak jak zechce.
Popatrzył na zegarek. Dochodzi ósma rano. Wstał. Podszedł do śpiącego jeszcze Rona. Potrząsną nim lekko i odszedł kilka kroków, żeby jego widok gonie przestraszył. Ron mamrocząc coś o gwałtownym i wczesnym budzeniu matki, uchylił oczy i powoli, nie zwracając uwagi na przyjaciela, wygramolił się z łóżka. Równie leniwie zaczął się ubierać, gdy nagle zamarł zobaczywszy Hedwigę.
- Hermiona - zawył rzucając się w stronę sowy - Szybko. Odpowiedź Harrego i- ja - a - to - nie - Harry - wreszcie się wysłowił - Ty? Tutaj? A jednak Dumbledore się przemógł i kazał przywieść cię tu i-
- Harry - Hermiona i Ginny wpadły do pokoju. Ginny była jeszcze w trakcie zakładania swetra. - Przyleciałeś! Kto cię eskortował?...
- Hermiono zaczekaj-...
- Czy Moody chciał robić drugie kółko? Kiedy przyleciałeś? Jadłeś śniadanie? Jesteś głodny?...
- Hermiono-...
- My jeszcze nie. Widziałeś się już z dyrektorem? Bardzo się ostatnio martwił. Chyba coś przeczuwał. No to jak? Jadłeś już śniadanie? Idziesz z nami? A może-
Jej pytania spadały na Harrego jak bomby. Nie był w stanie odpowiedzieć choćby na jedno z nich!
- Hermiono poczekaj chwilę - wydarł się próbując ją zagłuszyć - Chwila. Nie tak szybko!
- Dobrze - powiedziała już spokojniej Hermiona - Mów. Co się stało, że musiałeś przylecieć tu w nocy?
- No wiesz - uśmiechnął się Harry - Dzisiaj w nocy odwiedzili mnie Śmierciożercy. Gdyby nie było ich z dwudziestu, zaproponowałbym im herbaty, ale nie starczyłoby mi filiżanek, a poza tym bardzo się śpieszyli. Musiałem więc uciekać, bo zażądali deseru. Ale tak ogólnie to było nawet fajnie.
Ron i Ginny śmiali się szczerze, ale Hermiona wyglądała na przejętą.
- Harry - sapnęła - Śmierciożercy? Tam, na Privet Drive? W mieście mugoli? Ale-
- Hermiono - wysapał Ron siadając na swoim łóżku. Był czerwony od śmiechu i wyglądał, jak dosyć duży burak. - Daj spokój! Jak dwa Dementory mogły odwiedzić Harrego to czemu oni nie mogli?
- Byli niegrzeczni - zarechotała Ginny. Ona też nie wyglądała lepiej od Rona. - Wprosili się!
Harremu zrobiło się lżej na duszy. Jeżeli jego przyjaciele szczerze śmiali się z jego sytuacji, to w końcu nie mogła być taka zła!
- Dobra Harry - wydyszał Ron z trudem hamując nową falę śmiechu - Teraz powiedz nam stary, czemu tak naprawdę musiałeś przylecieć w środku nocy z Little Winnings do Londynu?
- Jak to? - spytał Harry totalnie zaskoczony - przecież wam mówię: napadli mnie w nocy słudzy Voldemorta i chcieli podobno 'przeszkodzić mi w dostaniu się do szkoły'.
- Słucham - wrzasnęła Hermiona - Naprawdę przyszli? Harry, to straszne! Nic ci się nie stało? Rozmawiałeś z Dumbledorem?
- Tak, Hermiono! - powiedział głośno Harry - Ulotniłem się w samą porę i przyleciałem tu. A tak właściwie to zastałem cały Zakon na spotkaniu i dyrektor powiedział mi, że jesteśmy prawie dorośli i możemy już dostać swoje zadania. - dodał tak szybko, że dopiero po chwili reszta zrozumiała co właśnie powiedział.
Oniemieli. Hermionie szczęka opadła, Ginny usiadła ciężko na łóżku, a Ron zatrzymał się w połowie ubierania skarpetki i w rezultacie się przewrócił. Tkwili tak dłuższą chwile, gdy nagle drzwi sypialni otwarły się z hukiem i pani Weasley wkroczyła do pokoju.
- Już ubrani? To na śniadanie! - zagrzmiała. Wyglądała na wściekłą aż do granic możliwości.
- Mamo - jęknął cicho Ron wstając z podłogi - czy my jesteśmy członkami Zakonu Feniksa?
- Tak - odpowiedziała mu bez entuzjazmu matka - No jazda! Już was nie widzę! Czeka was trzepanie dywanów we wszystkich sypialniach i bez gadania! Wynocha! - Dodała szorstko.
Zbiegli do kuchni. Harry siadł między Lupinem, a Tonks. Wolał nie słuchać pytań przyjaciół na temat ich funkcji, spotkań itp. Chciał spokojnie zjeść jajecznicę, którą właśnie nakładała mu pani Weasley. Wiedział, że za parę minut będzie mógł oderwać się od gnębiących go myśli i przeczuć. Oderwać się, ale tylko na chwilę, bo wieczorem czekało go jego pierwsze zebranie...

strzała nawigacji poprzedni kolejny


Powrót do strony "Fan Fiction"