Powrót do strony "Fan Fiction"

Dlaczego nienawidzę Malfoya...??

Było prawie południe. Słońce świeciło bardzo mocno. Rona niemalże poraziło w oczy. Zerwał się natychmiast z łóżka, uderzając rudą czupryną o sufit, który był bardzo nisko i zasłonił okno. Usłyszał dochodzący z kuchni głos matki, wołający go na śniadanie. Szybko się ubrał i zszedł na śniadanie. Nie spodziewał się, kogo tam zobaczy. Zaraz obok Ginny siedział sobie niewinnie Dracon Malfoy. Ron nigdy nie widywał go przy posiłkach. Draco mieszkał w domu Weasleyów od dwóch lat, czyli dokładnie od zakończenia nauki w Hogwarcie.

Ron usiadł po przeciwnej stronie stołu i w milczeniu słuchał, jak Draco opowiadał kawały Fredowi i George'owi. Ginny patrzyła na niego z wielkim zaciekawieniem. Pani Weasley co chwila pytała o coś Dracona. Chłopak był w domu Weasleyów bardzo lubiany. Jedyny Ron nie palił się do rozmowy z nim. Unikał go. Nienawidził. A wszystko to przez pewne wydarzenie, które miało miejsce w połowie siódmej klasy w szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Ron pamiętał bardzo dobrze wszystkie te wydarzenia, ale niechętnie do nich powracał. Tym razem jednak cała ta historia przeleciała mu przez głowę. On pamiętał ją mniej więcej tak:
Był słoneczny dzień. Nikt nawet nie przeczuwał, że w tym tygodniu zdarzy się coś strasznego, czego nie zapomnę do końca życia. Ja, Harry i Hermiona wybieraliśmy się w poniedziałek do lochów na lekcję eliksirów. Snape jak zwykle kazał nam sporządzać jakieś bezużyteczne eliksiry. Zdziwiło mnie, że Malfoy ani razu nie śmiał się ze mnie, nie przezywał Hermiony i nie drwił z Harry'ego. Wręcz przeciwnie. Na Harry'ego patrzył ze współczuciem. Nawet nie gadał ze swoimi gorylami. Nic! Tylko patrzył na mojego kumpla tak, jakby mu czegoś współczuł. Nie mogłem od razu podzielić się tą sugestią z Harry'm, bo właśnie Snape stał nad moim kociołkiem i syczał, czemu nic nie robię. Zapragnął nawet odjąć mi dziesięć punktów. Wkurzyło mnie to, ale nic nie mówiłem. Postanowiłem, że zaraz po lekcji pogadam z Harry'm i Hermioną na temat dziwnego zachowania Malfoya.

Dzisiejsza lekcja eliksirów wlokła się niemiłosiernie, ale na szczęście minęła i zaciągnąłem Harry'ego i Hermionę do pustej klasy, aby powiedzieć im o Malfoyu. Hermiona stwierdziła, że Malfoy na pewno knuje coś obrzydliwego i dodała, żebym się nie przejmował. Harry natomiast powiedział, że Malfoy go nie obchodzi i żebym się nim nie martwił. No tak. Mogłem się tego spodziewać, ale przecież tu mowa o synu Lucjusza Malfoya! Mowa o synu, którego ojciec jest prawą ręką samego lorda Voldemorta! Mowa o tym Draconie Malfoyu, który jeszcze wczoraj patrzył na Harry'ego z pogardą, a teraz?
Nie mogłem się nad tym dłużej zastanawiać, bo właśnie zaczynała się lekcja zielarstwa, Hermiona, jak to na nią przystało, nie mogła się spóźnić ani o sekundę.

Następnego dnia, zaraz po dwóch lekcjach eliksirów, stało się coś niesamowitego. Malfoy podszedł do mnie i powiedział, żebym się modlił, aby Harry dożył czwartku. Z początku mnie to zdziwiło i pomyślałem, że Malfoy wciska mi jakiś kit, ale miał taką minę, jakby mówił prawdę. Kazałem mu się odwalić, ale on tylko stwierdził, że wcale nie obchodzi mnie życie i sytuacja kumpla. Ostatecznie wziąłem pod uwagę słowa Hermiony i nie przejąłem się gadaniną Malfoya. Po prostu odszedłem w swoją stronę, pozostawiając w tyle osłupiałego Ślizgona. Harry'emu i Hermionie nie powiedziałem o tym spotkaniu, bo znowu by mnie wyśmiali.

Kiedy po transmutacji wracałem z łazienki, usłyszałem rozmowę Harry?ego i Malfoya. No tak. Teraz jemu wciska ten sam kit, co mi.
- Ty! Potter, jesteś równy gość i przykro mi, że byłem dla ciebie taki złośliwy. To nie moja wina!- mówił bardzo szybko, ale i wyraźnie Malfoy - Może i mi nie uwierzysz, ale tym razem Voldemort ma na ciebie skuteczną broń i jutro po lekcjach przyjdzie do szkoły, aby cię zamordować. Radzę ci, Potter, zwiewaj stąd. Uciekaj i to daleko.
- Co ci, Malfoy?! - zdziwił się Harry - Jesteś chory? Zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego?
- Potter, ja mówię poważnie! - wychyliłem się zza rogu i zobaczyłem, że Malfoy nadal spogląda na Harry'ego z ogromnym współczuciem, a także lekkim przerażeniem - Voldemort znalazł na ciebie sposób!
- Też mi coś! To nie jest śmieszne, Malfoy!
- Mówię poważnie! Na dowód tego, daj na zgodę!
Zza pleców Harry'ego dostrzegłem wyciągniętą ku niemu dłoń Malfoy'a. On na serio chciał się pogodzić z moim kumplem!!! Nawet Harry przyjął propozycję rozejmu z Draco'nem i uścisnął mu dłoń. Nie wierzyłem w to i już chciałem krzyknąć, ale ktoś zasłonił mi ręką usta. Hermiona. Okazało się, że od dłuższego czasu także obserwuje Harry'ego i Malfoya. Doszła nawet do wniosku, że Malfoy mówi prawdę, co do niebezpieczeństwa, w jakim znajduje się nasz kumpel.
Malfoy powiedział coś jeszcze do Harry'ego, ale tego już nie usłyszałem, bo Hermiona pociągnęła mnie za sobą w głąb jakiejś klasy. Swoją drogą dobrze zrobiła, bo przez uchylone drzwi dostrzegłem, idącego tym korytarzem na którym przed chwilą byłem, Malfoya.
Harry'ego dopadliśmy dopiero przy wejściu do wieży Gryffindoru. Miał smutną minę, ale my o nic nie pytaliśmy. Hermiona uznała, że tak będzie lepiej. Tak więc usiedliśmy wszyscy na fotelach przy kominku i nikt z nas się nie odzywał. Hermiona rozłożyła na trzech stołach swoje książki i odrabiała zadania domowe. Harry był jakoś zamknięty w sobie, jednak po paru minutach poszedł razem ze mną do dormitorium. Przegadaliśmy poważnie wszystko, co gadał Malfoy i doszliśmy do wniosku, że jutro lepiej będzie zaszyć się gdzieś w pustej klasie. W końcu w szkole jest Dumbledore, a wszyscy wiedzą, że jego najbardziej boi się Voldemort. No cóż. Co mamy robić? Pozostaje nam tylko czekać do środy...

Rano, ani nawet po południu nic strasznego się nie wydarzyło. Ja i Hermiona bez przerwy trzymaliśmy się Harry'ego choć było pewne, że jeżeli jemu grozi niebezpieczeństwo, to nam też. No, ale czego nie robi się dla przyjaciół? W każdym bądź razie Malfoy trzymał się od nas z daleka i totalnie był przerażony. Nie dziwiło mnie to. W końcu sam trzęsłem się jak galareta. Wydaje mi się, że Hermiona też, ale jednak udało jej się utrzymać zimną krew. Crabbe i Goyle, byli goryle Malfoya, byli kompletnie rozbawieni całą sytuacją. Zdaje się, że wiedzieli wszystko. W końcu ich ojcowie także byli w kręgach Śmierciożerców. Nie gadali z Malfoyem, ale często z nim przebywali. Dracona jakoś to nie cieszyło. Coś mi się zdaje, że niechętnie wiecznie się z nimi włóczył. Komuś, kto nie zna Malfoya zdawałoby się, że nic nie ma do Harry'ego. Że oni obaj się kumplują. No bo Malfoy się kompletnie odmienił! Nie wiem, co temu towarzyszyło, ale z całą pewnością żałuje swojego poprzedniego postępowania wobec Harry'ego.
Ale dobra. Co tu, w szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, działo się po kolacji! Kiedy ja, Hermiona i Harry szliśmy na tą kolację myśleliśmy, że może jednak Malfoy wciskał nam kit, bo do tej pory nic się nie wydarzyło. Kolacja jak kolacja! Nic nadzwyczajnego! Dopiero kiedy wracaliśmy do wieży Gryffindoru, dopadł nas Malfoy.
- Potter! On tu jest! - od razu wyczułem przerażenie w jego głosie.
- Kto? - zapytał Harry.
- Lord Voldemort! Mówiłem wam, że będzie, no i jest! Przybył do Hogwartu razem z moim ojcem! Słuchaj, Weasley! Oni zamordują twojego kumpla!
- Uspokój się, Draco! - Hermiona próbowała złagodzić jakoś i tak kiepską sytuację - Dopóki w szkole jest Dumbledore, Harry'emu nic nie grozi!
- Ale chodzi o to, że Dumbledora nie ma w szkole!
- Jak to? - nie mogłem w to uwierzyć.
- Tak to! Nie ma go! Lord Voldemort wysłał mu fałszywą sowę, że ma się natychmiast zjawić w Ministerstwie Magii!
- O kurcze! - wrzasnęła Hermiona, co było do niej raczej nieprawdopodobne.
Zanim się zorientowałem, Malfoy pociągnął za sobą Harry'ego i obaj zaczęli biec do lochów. Ja i Hermiona puściliśmy się za nimi biegiem. Dracon wpadł na pomysł, że ukryje Harry'ego w swoim dormitorium. To i tak był najlepszy plan, jaki w tej chwili mieliśmy.

Pokój ślizgonów zmienił się bardzo, od kiedy razem z Harry'm. byłem tu na drugim roku. Teraz był jakby o wiele bardziej zielony i obślizgły. Malfoy poradził nam, abyśmy wszyscy troje schowali się pod jego łóżkiem. Z początku myślałem, że to jakiś żart i się opierałem, ale Hermiona i Harry wciągnęli mnie. Swoją drogą dobrze się stało, bo zaraz potem do pokoju wtargnęli lord Voldemort i Lucjusz Malfoy. Mieli wściekłe miny i kazali Draconowi odnaleźć Harry'ego. Serce zabiło mi mocniej, kiedy Malfoy podszedł do łóżka. Na szczęście zabrał tylko z niego swoją różdżkę, niewidocznie podrzucił nam karteczkę z napisem - Nie ruszajcie się z miejsca - i razem z Voldemortem i ojcem opuścił dormitorium.
- Jak on się dla ciebie poświęca, Harry... - stwierdziła Hermiona, a ja musiałem przyznać jej rację. - Naprawdę równy z niego gość - dodał Harry - Gdyby tylko inaczej z nami zaczął na pierwszym roku...
Siedzieliśmy tak pod tym łóżkiem z pół godziny. Później do pokoju wtargnął Lucjusz Malfoy, ciągnący za ucho Dracona, a za nimi wkroczył wkurzony Voldemort. No tak. Wnerwili się, bo nigdzie nie mogli znaleźć Harry'ego. Wymieniłem wzrok z Harry'm. Mimo takiego niebezpieczeństwa, z jego twarzy nie można było wyczytać ani odrobiny strachu.
Nagle poczułem szarpnięcie. To Hermiona chciała mi dać do zrozumienia, że Harry zniknął. Przeraziłem się i zacząłem rozglądać po sypialni. Pomyślałem sobie, że on zwariował. Przecież Malfoy wyraźnie mówił, że jego ojciec i Voldemort chcą zabić Harry'ego. Po co ten wariat pchał się, gdzie nie trzeba? Skończyło się tak, że Voldemort zobaczył go i wrzasnął do Lucjusza Malfoya, żeby go złapał. Ojciec Dracona rzucił się na Harry'ego, a Hermiona złapała mnie za ramię tak mocno, że wbiła mi w nie paznokcie. Chciałem wrzasnąć, ale na szczęście się opanowałem.
Tymczasem Lucjusz trzymał z całej siły Harry'ego, a Voldemort pomału się do nich zbliżał z wyciągniętą różdżką. Już zaczął wymawiać najstraszniejsze z Zaklęć Niewybaczalnych, ale Dracon go wyprzedził. Całe dormitorium wypełniło się zielonym blaskiem, a Voldemort padł trupem na podłogę. To się dopiero Lucjusz Malfoy wkurzył. Wykończył Harry'ego i już zbliżał się do Dracona, ale za jego plecami pojawiła się Hermiona ze łzami w oczach. Była wściekła. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziałem. Nie mogła uwierzyć, że to już koniec Harry'ego Pottera. Ja też w to nie wierzyłem. Łzy same płynęły mi z oczu, więc wolałem nie wychodzić spod łóżka. Co by sobie pomyślał Malfoy? Krew pulsowała mi w żyłach, ale przyznam, że bałem się wyjść z kryjówki. W końcu jednak zdobyłem się na odwagę i stanąłem koło Hermiony. Za nami leżało martwe ciało Harry'ego, a tuż obok Voldemorta. W pewnym sensie czciłem Dracona za to, że sam zabił Voldemorta, ale tym samym wkurzony Lucjusz wykończył mojego kumpla, co już było nie do zniesienia.
Staliśmy w trójkę koło siebie. Ja, Hermiona i Dracon. Malfoy bał się podnieść rękę na swojego ojca. Pragnął, ale nie mógł go zamordować. I tak już miał przechlapane. Na szczęście nadarzyła się wyśniona, ale i bardzo niebezpieczna sytuacja. Lucjusz wystrzelił w nas zaklęciem Avada Kedavra, ale zręcznie ominęliśmy strumień zielonego światła, który odbił się od stojącego za nami lustra i ugodził Lucjusza Malfoya w brzuch. Ten natychmiast padł na ziemię jak długi.
Wymieniłem spojrzenia z Hermioną i Draconem. Hermiona miała czerwone oczy od płaczu. Po chwili rzuciła mi się na szyję i zaczęła szlochać jeszcze głośniej. Pomoczyła mi całą szatę. No, ale jak się temu nie dziwić? W końcu nasz słynny Harry Potter, który przeżył niegdyś atak samego Voldemorta, wyzionął ducha! I to w dodatku zabił go Lucjusz Malfoy!
Spojrzałem na Dracona. Był dosyć przygnębiony, ale nie z powodu utraty ojca, tylko z powodu śmierci Harry'ego. Nigdy go nie lubił - fakt, ale się zmienił. I tak samo jak ja i Hermiona współczuł mu.
Kiedy Hermiona trochę się uspokoiła, wszyscy w trójkę uklękliśmy przy martwym ciele Harry'ego i pomodliliśmy się za niego. Potem każde z nas popatrzyło z pogardą na Voldemorta, a Malfoy z całej siły kopnął ojca w nos. Potem opuściliśmy dormitorium i udaliśmy się do pokoju nauczycielskiego, w którym siedzieli akurat profesor McGonagall i Snape. Powiedzieliśmy im, że Voldemort, chcąc zabić Harry'ego, wykończył Lucjusza Malfoya, potem dobił naszego kumpla (Snape lekko się uśmiechnął, ale McGonagall go skarciła), a potem chciał zabić nas, ale promienie odbiły się od lustra i ugodziły w niego. Profesorowie uwierzyli w tą lekko udoskonaloną historię. McGonagall przez sowę zawiadomiła Dumbledora o tym, co tu się stało oraz skontaktowała się z matką Dracona i moją. Potem to już był koniec nauki w Hogwarcie. Pani Malfoy wygoniła Dracona z domu, a moja matka, która zawsze się nad wszystkimi lituje, przygarnęła go. Od tamtej chwili mieszka ze mną pod jednym dachem, ale nie gadamy ze sobą. Staram się go unikać, bo zawsze, kiedy go zobaczę przypomina mi się historia, jak to mój najlepszy przyjaciel wyzionął ducha. Inny człowiek z całą pewnością powiedziałby coś typu: - Mówi się trudno i żyje dalej -, ale nie ja. Ja nigdy nie pogodzę się z tym, że Harry Potter opuścił ten świat na zawsze...


Powrót do strony "Fan Fiction"