Powrót do strony "Artykuły"

Przedstawiam Wam artykuł pt: "Seria Niefortunnych Zdarzeń kontra Harry Potter ",
który ukazał się 21 stycznia 2005 roku na portalu Wirtualna Polska.

Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie ekranizacja jednej z najciekawszych i najbardziej oryginalnych książek dziecięcych (a właściwie cykli książkowych) ostatnich lat, czyli Lemony Snicket: Seria Niefortunnych Zdarzeń. Niezwykłość i w konsekwencji niemały sukces tej serii literackiej bierze się przede wszystkim z bardzo specyficznego podejścia do bohaterów i ich przygód.

Jak mówi sam autor w pierwszych słowach książki: Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego. Ta książka nie tylko nie kończy się szczęśliwie, ale nawet szczęśliwie się nie zaczyna, a w środku też nie układa się za wesoło.

Od razu wiemy czego się spodziewać. Będzie strasznie, smutno, mroczno, deszcz nigdy nie przestanie padać, a dzieciakom, nie tylko nikt nie pomoże, to jeszcze każdy dokoła będzie czyhał na ich życie, majątek i co tam jeszcze... Mnie taka przewrotna rekomendacja mogła tylko zachęcić do zapoznania się z przejawami twórczości tajemniczego Lemony Snicketa.

Ale oprócz szczerej, odautorskiej rekomendacji na opak i otwartej zapowiedzi nie kończącej się grozy, jaka czeka małoletnich bohaterów, wydawcy książki wyciągnęli jeszcze jedną masywną lokomotywę napędzającą sukces tej pozycji.

Wskutek sprytnych działań przebiegłych i pomysłowych speców od marketingu i promocji, jeszcze zanim na dobre zadomowiła się w czołówkach list sprzedaży, „Seria Niefortunnych Zdarzeń” była przedstawiana w mediach jako wielki rywal i konkurent cyklu o przygodach Harry’ego Pottera, którego dziś zna chyba każde dziecko.

Nie inaczej jest i z filmem. Jak tylko dowiedziałem się, że „Seria Niefortunnych Zdarzeń” trafi do kin, ciekaw byłem ją zobaczyć. Zastanawiałem się ile z niesamowitej atmosfery książki uda się przenieść na ekran. Usłyszawszy slogan reklamowy ‘Zacznij się bać!’ i jawne zapowiedzi, że film ma być straszny, uspokoiłem się nieco w swoim niepokoju. No! Ma być tak jak w książce. W porządku. Oczywiście, tu i ówdzie, w mediach pojawiły się nawiązania do rywalizacji z przygodami młodego czarodzieja Harry’ego P.

I teraz, po obejrzeniu filmu, wyposażony w powyższe założenia, postanowiłem delikatnie dobrać się do ekranizacji „Serii Niefortunnych Zdarzeń” posługując się bronią wydawców, producentów i dystrybutorów. Postanowiłem ocenić straszność „Serii Niefortunnych Zdarzeń” i omówić najważniejsze ingredienty tego filmu na tle historii o Harrym Potterze. Stawianie naprzeciwko siebie bohaterów z dwóch różnych światów filmowych to ostatnio w kinie modna rzecz, wystarczy przytoczyć Obcego i Predatora, czy Freddy’ego i Jasona.

Co jest najważniejsze w historii mającej jeżyć włoski i mrozić niewinne serduszka dziecięcych widzów? Oczywiście czarny charakter. Główny przeciwnik naszych bohaterów, mający za zadanie ich złapać, uwięzić, udręczyć, pozbawić godności, praw, majątku, na końcu zabić, a często jeszcze więcej.

To on napędza perypetie bohaterów i stoi za wszelkimi, im bardziej zaskakującymi tym lepiej, spiskami i pułapkami zagrażającymi naszym protagonistom i stanowiącymi esencję naszej opowieści grozy.

Bardzo z grubsza rzecz biorąc, czarne charaktery z niesamowitych opowieści przeznaczonych dla młodocianego widza lub czytelnika, da się podzielić na 2 kategorie.

Po pierwsze będą to szwarccharaktery w wersji ‘light’, występujące w wesołych historyjkach takich jak: np. „Smurfy”, „Miś Colargol”, „Bolek i Lolek”, przygody Myszki Miki i Kaczora Donalda itp. Najważniejszą cechą tych postaci jest to, że swym zachowaniem wcale nie budzą lęku. Niby są oni źli, mają niecne plany, chcą za wszelką cenę szkodzić naszym ulubieńcom, ale kompletnie im to nie wychodzi. Samo ich pojawienie się w każdej kolejnej scenie wywołuje salwy śmiechu młodej widowni. Dzieci w końcu bardziej żałują tych partaczy zła oraz ich niepowodzeń, niż się boją (nawet jeśli zdarzy im się kogoś ‘trwale wyeliminować z danej historii’, to jest to ujęte tak humorystycznie, że natychmiast ulatnia się cała towarzysząca groza).

Drugi typ to podli bohaterowie w wersji ‘hard core’, których pełno w baśniach i podaniach starszej daty, jak choćby baśnie braci Grimm (także naszej Marii Konopnickiej), ‘Pinokio’ Collodiego czy wspominany już cykl Harry’ego Pottera. Tutaj mamy cała galerię łotrów najczarniejszych, od samego początku do końca, od najmniejszego palca stopy, po czubek głowy, pełnej wyrafinowanych tortur i podstępnych pomysłów.

Budzą oni grozę i niewymierny nieraz strach, ale jednocześnie hipnotyzują i fascynują młodych zapaleńców, z zapartym tchem czekających na ich kolejny ruch. Gdy taki nikczemnik wchodzi na scenę, na sali zalega kompletna cisza. Właśnie takim charakterem wydał mi się hrabia Olaf, po lekturze pierwszych tomów „Serii Niefortunnych Zdarzeń”. Jednak twórcy filmu wybrali dla niego wcielenie w ramach poprzedniej konwencji.

Jim Carrey jako hrabia Olaf ani na chwile nie przestaje błaznować i rozśmieszać widza. Muszę przyznać, że czyni to całkiem dobrze, w swoim charakterystycznym stylu mimiczno-akrobatycznym (mam do niego słabość) i kilka razy wzbudził moją wesołość (szczególnie podobał mi się jako kapitan Szlam), ale wolałbym, żeby kilka razy chociaż spróbował mnie przestraszyć. Przy okazji warto nadmienić, że dobrze wypada też polski tekst dubbingu w interpretacji Mariusza Czajki. W czarnych bohaterach wygrywa jednak Harry.

Jedyne sceny, które mogą solidniej przeszyć dreszczem młodego widza, to atak krwiożerczych pijawek w Łzawym Jeziorze i pojawienie się Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, ale to drugie wiążę się tylko ze starym i mocno już wyeksploatowanym chwytem filmowym. W "Harrym" ze straszeniem i nastrojem grozy jest znacznie lepiej, więc kolejny punkt dla pana Pottera.

Teraz krótko o reszcie bohaterów. Filmowe rodzeństwo Baudelaire’ów wypada całkiem przyzwoicie. W moim mniemaniu aktorzy ci są w stanie dotrzymać kroku młodym bohaterom cyklu o Harrym Potterze, chociaż tak naprawdę nigdy nie widać, żeby targały nimi jakieś mocniejsze emocje. Czy dowiadują się o strasznym pożarze, czy walczą z łotrami Olafa, czy dostają list od rodziców, wypadają zbyt jednostajnie i łagodnie.

Jeśli chodzi o bohaterów z dalszego planu, to "Harry Potter" bije "Serię" (oczywiście filmową) na głowę. W "Harrym Potterze" mamy całą galerię ciekawie sportretowanych i wyśmienicie zagranych typów dalszoplanowych, nawet epizody potrafią być niezwykle fajne i wyjątkowe. W „Serii” ciekawą postacią, poza Olafem, jest tylko ciotka Józefina w wykonaniu Meryl Streep, pozostałe potraktowane są zbyt powierzchownie, żeby je zapamiętać. Harry ma już trzeci punkt...

A my dochodzimy do kolejnego mankamentu filmowej „Serii”. To narracja, czyli sposób opowiadania historii. I choć także pierwszemu ‘Potterowi’ można by co nieco zarzucić, to "Lemony" kuleje jeszcze bardziej. Twórcy filmu porwali się na dość karkołomne i niefortunne (notabene) zadanie, żeby trzy części książki zmieścić w 100 minutach filmu. Siłą rzeczy wymusza to znaczne cięcia wątków i intryg. I cały film wygląda przez to tak, że z każdej z trzech części wybrano najważniejszą perypetię, po czym ułożono je jedną po drugiej, w układzie bardzo, aż za bardzo, liniowym. Brakuje mylnych tropów i zaskakujących zwrotów. Kupy to się trzyma, ale cierpi na braku nieprzewidywalności. W zasadzie powinno już być 4:0 dla Harry’ego, ale skoro Harry Potter i kamień filozoficzny też miał z tym pewien kłopot, powiedzmy, że jest remis bez punktów, trochę na wyrost i może niezasłużenie, jak to czasem w sporcie, nawet pomimo tego, że ze wskazaniem.

Na koniec zostawiłem najmocniejszą stronę filmu. Scenografię. Jest naprawdę wyśmienita i doskonale pasująca do ponurego (bardziej w książce niż w filmie, ale zawsze) ducha opowieści. Mocno i jawnie czerpie z ilustracji do książki, ale tak mi się one podobały, że nie mam o to żalu.

Dokonania ekipy scenograficzno-dekoratorskiej przywodzą na myśl najlepsze filmy Tima Burtona. Pojawiające się efekty komputerowe nie rażą, ani nie przeszkadzają. Mocny punkt dla „Serii”, ale scenografia „Harry’ego” też jest najprzedniejszej marki, więc tutaj w sumie na remis. A w klasyfikacji generalnej 4:1 dla Harry’ego Pottera. Harry nie zawiódł praktycznie w żadnym z omawianych aspektów, Lemony ma problem przynajmniej z trzema, tymi najważniejszymi.

To co okazało się najmocniejszą stroną książki, nie dało się przenieść na język filmowy i przyniosło twórcom, w mojej ocenie, minusa. Jako książkę wolę „Serię Niefortunnych Zdarzeń”, ze względu na niesłychanie płynny, pełen złośliwej ironii i makabrycznego humoru, a przez to swoistej swady i wdzięku styl. W filmie tego niestety nie ujrzymy, co najwyżej czasem usłyszmy w komentarzu narratorskim zza kadru, ale przecież nie tylko o taki komentarz w kinie chodzi. W czytelni wygrywa Lemony Snicket, w kinie, przynajmniej na razie, Harry Potter.

Jednak w każdym mroku czai się iskierka światła. Nawet u takiego kreatora deprechy, jak Lemony Snicket. Choć porównania z Harrym Potterem, filmowy "Lemony Snicket" jeszcze nie wytrzymuje, jest to kawałek całkiem świeżej i oryginalnej roboty filmowej dla dzieci. Przede wszystkim z racji zamierzonej przewrotności i złośliwego humoru. Nie jest to pozycja przesłodzona i dydaktycznie natrętna. Dzieciom się spodoba, fani Jima Carreya też mogą być usatysfakcjonowani.

Jako miłośnik, od pierwszego akapitu, ponurego i niepoprawnego sarkazmu „Serii Niefortunnych Zdarzeń”, a także Jima Carreya (który nie rozczarował, ale przyznaję miewał lepsze role) będę czekał na dalszy ciąg wersji filmowej tego cyklu. Tym razem z nadzieją, że podobnie jak w przypadku ekranizacji przygód Harry’ego Pottera, każda kolejna część będzie lepsza i mroczniejsza od poprzedniej. Czego wszystkim nie lubiącym szczęśliwych zakończeń, czcicielom koszmarnych przygód, a także przykrych początków, środków i ciągów dalszych, życzę.

Bolga © 2005. All rights reserved.